Chłopcy z Placu Broni
148 · Ferenc Molnár – Chłopcy z Placu Broni – Co to jest? – zapytał. Janó zajrzał do środka. – To? To jest inżyniera. – Jakiego inżyniera? – Pana architekta. Serce Boki zaczęło bić mocniej. – Architekta? Czego on tu chce? Janó pociągnął ze swojej fajki. – Będą budować. – Tutaj? – Tak. Poniedziałkiem przyjdą robotnicy, kopać ziemię… piwnicę ko - pać… fundament… – Co to znaczy? – krzyknął Boka. – Budują tu dom? – Dom – odpowiedział Słowak beznamiętnie – duży, trzypiętrowy dom… czyj plac jest, ten buduje dom. I wszedł do chaty. Świat Boki wywrócił się do góry nogami. Do oczu Boki napłynęły łzy. Szybko ruszył, a wkrótce pobiegł w stronę bramy. Uciekał z tego kawałka niewiernej ziemi, której bronili z takim heroizmem, kosztem takiego cierpienia, a która teraz zdra - dziecko ich opuszcza, by po wsze czasy nosić na sobie wielką kamienicę. Wbramie spojrzał jeszcze raz za siebie, jak człowiek opuszczający swój kraj na zawsze. Wwielkim bólu, który ściskał mu serce, pozostawała tylko niewielka, maleńka pociecha. Tak jak biedny Nemecsek nie zdążył przyjąć przeprosin delegacji Bractwa Kitowców, tak teraz przynajmniej nie musiał patrzeć, jak jego kraj, kraj, za który zginął, zostaje mu odebrany. A nazajutrz, gdy cała klasa siedziała na swoich miejscach w powadze i ciszy, a pan Rácz powolnym, uroczystym krokiem kierował się do kate - dry, aby stamtąd uczcić pamięć Erna Nemecska oraz przypomnieć całej klasie, że jutro o trzeciej po południu wszyscy zbierają się w czarnych lub przynajmniej ciemnych ubraniach na ulicy Rákos, wtedy János Boka z po - wagą patrzył na stojącą przed nim ławkę i po raz pierwszy w jego prostym, dziecięcym umyśle zaczynała kiełkować myśl, czymwłaściwie jest to życie, którego wszyscy jesteśmy sługami, czasemw smutku, a czasemw radości. KONIEC Plac przy ul. Pawła – budowa, utrata przestrzeni
Made with FlippingBook
RkJQdWJsaXNoZXIy NzE1NzM2