Chłopcy z Placu Broni

Tak więc siedzieli i nasłuchiwali. Absolutna cisza. Nikt nie pomyślał, żeby ich tu szukać. Potem wstali i zaczęli potykać się między wysokimi półkami, pełnymi zielonych krzewów, aro- matycznych ziół i wielkich kwiatów. Csónakos wpadł na jedną z półek. Nemecsek chciał być pomocny. – Czekaj – powiedział – przyświecę ci. I zanim Boka zdążył go powstrzymać, wyjął z kieszeni zapałkę i odpalił ją. Zapałka zamigotała, a za moment już zgasła, gdyż Boka wytrącił ją z ręki małego blondyna. – Ty małpo! – syknął ze złością. – Zapomniałeś, że jesteś w szklarni? Przecież ściany też są ze szkła… Teraz na pewno widzieli światło! Zatrzymali się i nasłuchiwali. Rzeczywiście, Boka miał rację. Czerwone Koszule dostrzegły błysk, który na chwilę rozświetlił całą palmiarnię. A w następnej chwili dało się słyszeć ich kroki chrzęszczące na żwirze. Kierowali się w stronę drzwi lewego skrzydła. Słychać było, jak Feri Áts dowodzi niczym generał: – Pásztorowie do drzwi na prawej – krzyczał. – Szebenics 45 przy środkowych drzwiach, ja będę tutaj! W jednej chwili chłopcy z ulicy Pawła pochowali się. Csóna- kos ukrył się pod półką. Nemecsek, z uwagi na to, że i tak był mokry, został wysłany do sadzawki ze złotą rybką. Blondynek stanął po szyję w wodzie i wsadził głowę pod duży liść paproci. Boka zdążył tylko wejść za skrzydło otwartych drzwi. I do środka wszedł Feri Áts ze swoją świtą, z lampą w ręku. Światło lampy padało na szklane drzwi, tak że Boka mógł wyraź- nie widzieć Feri Átsa, ale ten nie mógł zobaczyć Boki, schowanego za drzwiami. Boka dobrze przyjrzał się przywódcy w czerwonej ko- szuli, którego widział z bliska tylko raz, w Ogrodzie Muzealnym. 45 Szebenics – czytaj: „sebenicz”. 60

RkJQdWJsaXNoZXIy NzE1NzM2