Rok 1984

80 to celowo. Przechodząc przez drzwi toalety, włożył to do kieszeni i dotknął opuszkami palców. Był to złożony na cztery skrawek papieru. Kiedy stał przy pisuarze, udało mu się, manipulując palcami w kieszeni, rozwinąć karteczkę. Oczywiście to musi być jakaś wiadomość. Przez chwilę kusiło go, by przejść do jednej z toalet i przeczytać ją od razu. To byłoby jednak istne szaleństwo. Tu właśnie teleekrany prowadziły nieustanny podgląd. Wrócił na stanowisko pracy, usiadł, niedbałym gestem rzucił karteczkę między inne skrawki papieru na biurku, założył okulary i przyciągnął do siebie grafioleks. „Pięć minut” – powiedział sobie – „odczekam co najmniej pięć minut!”. Serce waliło mu jak młotem. Na szczęście zadanie, które mu dzisiaj powierzono, było rutynowe – to niewymagająca szczególnej uwagi korekta długiego zestawu liczb. Z pewnością wiadomość zapisana na karteczce ma znaczenie polityczne. Na ile się orientował, były dwie możliwości. Pierwsza, o wiele bardziej prawdopodobna, to taka, że dziewczyna jest agentką Milicji Myśli, czego się od początku obawiał. Nie wiedział, dlaczego Milicja Myśli miałaby w ten sposób przekazywać wiadomości, ale być może były ku temu powody. To, co tam jest napisane, może być groźbą, wezwaniem do sta- wienia się, rozkazem popełnienia samobójstwa albo jakąś pułapką. Ale istniała jeszcze inna, bardziej szalona możliwość, dopominająca się o rozważenie, choć bezskutecznie próbował ją od siebie odsunąć. Źródłem wiadomości mianowicie mogła wcale nie być Milicja Myśli, ale jakaś podziemna organizacja. Kto wie, może jednak Bractwo ist- nieje?! Może dziewczyna do niego należy?! Pomysł bez wątpienia był absurdalny, ale przyszedł mu do głowy dokładnie w chwili, gdy poczuł w dłoni skrawek papieru. Dopiero kilka minut później przyszło mu do głowy inne, bardziej prawdopodobne wyjaśnienie. I nawet teraz, chociaż racjonalny umysł mówił mu, że wiadomość naj- pewniej oznacza śmierć, absurdalna nadzieja nie gasła i wciąż w to nie wierzył. Serce Winstona biło tak mocno, że z trudem powstrzymywał drżenie głosu, wczytując pod nosem ciąg liczb do grafioleksu. Zwinął dokumenty, nad którymi pracował, w rulonik i wsunął do rurki pneuma- tycznej. Minęło osiem minut. Poprawił okulary na nosie, westchnął i przysunął do siebie kolejny plik papierów – ten z leżącą na wierzchu karteczką. Rozprostował ją i odczytał skreślone dużymi, kulfoniastymi literami słowa: Kocham cię Przez kilka sekund był zbyt oszołomiony i zdezorientowany, by wsunąć obciąża- jący skrawek papieru do dziupli pamięci. Zanim to zrobił, chociaż zdawał sobie bardzo dobrze sprawę z ryzyka okazywania zbyt dużego zainteresowania dokumentami, nad którymi się aktualnie pracuje, nie mógł się powstrzymać przed ponownym rzutem oka na kartkę, żeby się upewnić, że te słowa są tam naprawdę. Do południa nie potrafił się skupić na pracy. Trudniejsza niż potrzeba skierowania uwagi na szereg męczących zadań była konieczność ukrycia rozgorączkowania przed teleekranem. Brzuch miał rozpalony do czerwoności. Obiad w dusznej, zatłoczonej,

RkJQdWJsaXNoZXIy NzE1NzM2