Chłopi
37 jesień – Cichojta, pyskacze, bo za drzwi wyciepnę! – uciszał Jacek, podciągając parcianek. Zaczęło się przesłuchiwanie świadków. Najpierw świadczyła poszkodowana, Dominikowa – a zeznawała cichym, nabożnym głosem i przysięgała co chwila przed tą Częstochowską, jako świnia jej, i żegnała się, i biła w piersi, że prawda jest, jako ją ukradł z pastwiska Kozioł, i nie żądała od prześwietnego sądu kary na niego, niech mu już tam Jezusiczek czyśćca za to nie pożałuje – ale domagała się wielkim głosem sądu i kary za to, że tak spostponował ją i Jagnę wobec całego narodu. Świadczył potem Szymek, syn Dominikowej; czapkę powiesił na rękach złożonych jak do pacierza, oczów nie spuścił z sędziego i jękliwym, nieprzytomnym głosem zeznawał, że świnia była matczyna, że białna była cała, ino kiele ogona czarną łatę miała, a ucho roze- rwane, bo ją był Łapa Borynowy chycił na zwiesnę, a tak kwiczała, że chociaż w stodółce był – usłyszał… Potem zawezwano Barbarę Piesek i innych. Świadczyli po kolei i przysięgali, a Szymek wciąż stał z czapką na rękach, wpatrzony pobożnie w sędziego, a Kozłowa darła się za kratę z krzykiem zaprzeczań i złorzeczeń, a Dominikowa ino wzdychała do obrazu, a poglądała na Kozła, który skakał oczami, nasłuchiwał a obzierał się na swoją Magdusię. Naród słuchał uważnie i raz wraz szmer, to uwagi złośliwe albo śmiech się rozległ głuchy pod powałą, aż Jacek musiał przyciszać groźbą. Sprawa ciągnęła się długo, aż do przerwy, w której sąd poszedł do sąsiedniej izby na naradę, a naród wysypał się do sieni i przed dom odetchnąć nieco: kto pojeść zdziebko, kto ze swoimi świadkami się zmówić, kto wywodzić krzywdy swoje, a jenszy znowuj wyrzekać na niesprawiedliwość a pomstować, jak to zwyczajnie bywa na rokach. Po przerwie i odczytaniu wyroków przyszła na stół sprawa Boryny. Jewka stanęła przed sądem i pohuśtując dziecko, obwinięte w zapaskę, jęła płaczliwie wywodzić krzywdy swoje i żale; jako służyła u Boryny i pracowała, jaże jej kulasy usta- wały, a nigdy dobrego słowa nie usłyszała, kąta nie miała na spanie ani jadła dość, że się u sąsiadów pożywiać musiała, a potem zasług nie zapłacił i z jego własnym dzieckiem wygnał ją w cały świat… buchnęła w końcu ogromnym płaczem i rzuciła się na kolana przed sędziami z krzykiem: – Krzywda to moja, krzywda! a dzieciak jego, prześwietny sądzie! – Cygani jak ten pies – mruknął Boryna ze zgrozą. – Ja cyganię?! A dyć wszystkie, a dyć całe Lipce wiedzą, że… – Żeś suka i latawiec… – Wielmożny sądzie, a przódzi to mi ino mówili: Jewka, Jewuś, i jeszcze słodziej, a to mi paciorki przywieźli, a to często gęsto bułkę z miasta i mówili: naści Jewuś, naści, boś mi najmilejsza… a teraz, o mój Jezu, mój Jezu!… – poczęła ryczeć. – Cygan, jucha, możem cię jeszcze pierzyną przyodział i mówił: śpij se, Jewuś, śpij!… Izba zatrzęsła się śmiechem. – Abo nie, co? Abośta nie skamłali jako ten pies przed drzwiami, abośta mało obie- cowali, co? – Loboga, ludzie, że to pierun nie zabije taką pokrakę? – zakrzyknął zdumiony.
Made with FlippingBook
RkJQdWJsaXNoZXIy NzE1NzM2