Nad Niemnem
334 NAD NIEMNEM – Wyjdzie! za te… a panu Różycowi, który jest te… całą gębą panem, odmówiła! A jaż, pa - nie dobrodzieju, ja… te… te… co zrobię? czy ja za nią do te… te… te… prostej chaty pójdę? Ja, panie dobrodzieju, te… te… te… te… nie przywykłem… tam pewno nawet fortepianu postawić gdzie nie ma… mnie tam te… te… te… te… głodem zamorzą! Łzy mu oszkliły oczy; z gniewu wpadł w żal, prawie zaszlochał. Benedykt rękę mu na ra - mieniu położył i z czołem zmarszczonym, z niesmakiem w wyrazie ust, spokojnie jednak rzekł: – Bądź pan spokojny; jak mieszkałeś w Korczynie, tak mieszkać będziesz. Pewno, że tam wyżyć byś nie mógł. Ale ja z największą przyjemnością panu dom swój nadal ofiaruję. Zresztą, macie u mnie swoją sumkę, którą Justysi częściami tylko będę mógł spłacać… Orzelski chciwie tych słów wysłuchał i uspokoił się znacznie. – Ale widzi pan dobrodziej, zawsze to jakoś nie te… aby panienka taki mezalians robiła… Benedykt zamyślił się na chwilę. – Mój kochany panie – odpowiedział – przypomnij sobie swoją własną młodość… Może też Justynka szczęśliwszą będzie w tym mezaliansie, niż moja cioteczna siostra była w małżeństwie z panem… zupełnie przecież stosownym. Orzelski usta trochę otworzył, zmieszał się. Jakieś przypomnienie ugodziło weń i tro - chę nim wstrząsnęło. – Serce, panie dobrodzieju… – zaczął – serce nie… te… jeżeli z mojej strony były jakie te… to przez te… – No – przerwał Benedykt – o przeszłości nie ma co mówić, a o przyszłość swoją bądź pan spokojny. Idź na górę, graj sonatki i serenadki, a Marta ci tam zaraz śniadanie pośle… Pomyślał chwilę, na smyczek swój spojrzał. – Kiedy tak – zaczął – to niech już sobie Justynka te… ale zawsze to nie wypada, aby pa - nienka za jakiegoś te… te… nie wypada… nie wypada! Głową kołysząc i wyraz ostatni powtarzając zupełnie już jednak uspokojony odszedł. Benedykt długo jeszcze rozmawiał z Martą i z Witoldem, który Kirłową i jej gromadkę do bryczki wsadziwszy i pożegnawszy śpiesznie do ojca przybiegł. Potem w sali jadalnej nakrywanie do stołu usłyszawszy Marty poprosił, aby o parę godzin podanie obiadu po - wstrzymała, a Witoldowi Justynę zawołać kazał. Nadbiegła zarumieniona, niespokojna. Sprzeczki i poróżnienia z wujem lękała się. – Chodź! – rzekł do niej Benedykt, kapelusz słomiany na głowę włożył i ramię jej podał.
Made with FlippingBook
RkJQdWJsaXNoZXIy NzE1NzM2