Chłopi

12 · Władysław Reymont – Chłopi Pozbierali prędko motyczki, koszyki, to dwojaki od obiadów i szli wolno gęsiego miedzą, pogadując coś niecoś, a tylko stara Jagustynka wykrzykiwała wciąż namięt- nie na dzieci własne, a potem już i na wszystkich pomstowała. A równo z nimi jakaś dziewczyna gnała maciorę z prosiętami i śpiewała cienkim głosikiem: Aj, nie chodź kiele woza, Aj, nie trzymaj się osi, Aj, nie daj chłopu gęby, Aj, choć cię pięknie prosi.  – Cie, głupia, wrzeszczy, kiejby ją kto ze skóry obdzierał. II Na Borynowym podworcu, obstawionym z trzech stron budowlami gospodarskimi, a z czwartej sadem, który go oddzielał od drogi, już się zebrało dość narodu; kilka ko- biet radziło i wydziwiało nad ogromną czerwono-białą krową, leżącą przed oborą na kupie nawozu. Stary pies, kulawy nieco i z oblazłą na bokach sierścią, oganiał graniastą, obwą- chiwał ją, szczekał, to wypadał w opłotki i gnał dzieci na drogę, co się były wieszały na płotach i zazierały ciekawie w obejście, albo docierał do maciory, co legła pod cha- łupą i rozwalona jęczała cicho, bo ssały ją białe, młode prosięta. Hanka nadbiegła właśnie zziajana, przypadła do krowy i jęła ją głaskać po gębu- li i łbie.  – Granula, biedoto, granula! – wołała łzawo, aż buchnęła płaczem i lamentem serdecznym. A kobiety radziły raz w raz nowe ratowanie chorej; to sól rozpuszczoną wlewali jej w gardło, to topiony z poświęcanej gromnicy wosk z mlekiem; radził ktosik myd- ła z serwatką – insza znowu wołała, żeby krew puścić – ale krowie nic nie pomagało, wyciągała się coraz dłużej, niekiedy podnosiła łeb i porykiwała długo, jakby o ratu- nek, boleśnie, aż jej piękne oczy o białkach różowych mętniały mgłą i ciężki, rogaty łeb opadał z wysilenia, że ino wysuwała ozór i polizywała ręce Hanki.  – A może by Ambroży co poradził? – zaproponowała któraś.  – Prawda, na chorobach on jest znający – zawtórowali.  – Bieżyj no, Józia. Na Anioł Pański dzwonili, to musi jeszcze być przy kościele. La- boga, a jak ociec nadjadą będzie to pomstowanie, będzie. – A przeciech my niczego niewinowate! – narzekała płaczliwie. A potem siadła na progu obory, wsadziła chłopakowi w usta, bo popłakiwał, białą, pełną pierś i z trwogą niezmierną spoglądała na krowę rzężącą, to przez opłotki na drogę i nasłuchiwała. W pacierz abo i dwa wpadła Józia z krzykiem, że Jambroży już idą.

RkJQdWJsaXNoZXIy NzE1NzM2