Chłopi

Jesień · 13 Jakoż i przyszedł zaraz dziad może stuletni, prosty jak świeca, choć o nodze drew- nianej i o kiju; twarz miał suchą, pomarszczoną jak kartofel na zwiesnę i szarą takoż, wygoloną i pociętą szramami, włosy bia- łe jak mleko kosmykami opadały mu na czoło i kark, bo był z gołą głową. Poszedł prosto do krowy i dokumentnie ją obejrzał.  – Oho, widzę, że świeże mięso jedli będzieta.  – A dyć jej pomóżcie co, wylekujcie, a toć krowa ze trzysta złotych warta – i dopie- ro po cielęciu, a dyć pomóżcie! O mój Jezu, mój Jezu! – zawołała Józia. Ambroży wyjął z kieszeni puszczadło, powecował je po cholewie, przyjrzał się pod zorzę ostrzu i przeciął granuli arterie pod brzuchem – ale krew nie trysnęła, a ciekła wolno, czarna, spieniona. Stali wszyscy dokoła pochyleni i patrzyli bez oddechu.  – Za późno! Oho, bydlątko ostatnią parę puszcza – rzekł uroczyście Ambroży. – Nic to, ino paskudnik 10 albo i co innego… trza było zaraz, kiej zachorzała… ale te baby to ino juchy do płakania są mądre, a jak trza radzić, to w bek kiej owce. – Splunął pogardli- wie, obszedł krowę, zajrzał jej w oczy, przyjrzał się ozorowi, obtarł zakrwawione ręce o jej miękką, lśniącą skórę i zabierał się do odejścia.  – Na ten pochowek dzwonił nie będę, zadzwonita w garki sami.  – Ociec z Antkiem! – krzyknęła Józka i wybiegła na drogę naprzeciw, bo głuchy, ciężki turkot rozległ się z drugiej strony stawu, gdzie z rozczerwienionej zorzami za- chodu kurzawie czerniał długi wóz i konie.  – Tatulu, a to… graniasta już zdycha – wołała, dobiegając do ojca, który skręcał właś- nie na tę stronę stawu. Antek szedł w końcu i podtrzymywał, bo wieźli długą sosnę.  – Nie pleć byle czego po próżnicy – mruknął podcinając konie.  – Jambroży puszczali krew i nic… i wosk topiony lali jej w gardziel i nic… i sól… i nic… pewnie paskudnik… Witek pedał, co borowy wygnał ich z zagajów i co granula zara się pokładała i stękała, jaże ją i przygnał…  – Graniasta, najlepsza krowa, ażeby was, ścierwy, pokręciło, kiej tak pilnujecie! – rzucił lejce synowi i z batem w garści pobiegł przodem. Baby się rozstąpiły, a Witek, który cały czas coś najspokojniej majstrował pod chałupą, skoczył w ogród i przepadł ze strachu, nawet Hanka podniosła się na progu i stała bezradna, strwożona.  – Zmarnowali mi bydlę!… – wykrzyknął wreszcie stary, obejrzawszy krowę. – Trzysta złotych, jak w błoto! Do miski to ścierwów aż gęsto, a przypilnować nie ma kto. Taka krowa, taka krowa! A to człowiek ruszyć się z domu nie może, bo zaraz szkoda i upadek…  – Dyć ja od połednia samego byłam przy kopaniu – tłumaczyła się cicho Hanka.  – A bo ty co kiej widzisz! – krzyknął z wściekłością. – A bo ty stoisz o moje!… Taka krowa, taki haman 11 , że i drugiej nie w każdym dworze by znalazł! 10 paskudnik – ludowa nazwa choroby bydła, rodzaj odmy. 11 haman – olbrzym, potwór. Jambroży – wygląd

RkJQdWJsaXNoZXIy NzE1NzM2