Chłopi
322 · Władysław Reymont – Chłopi a tak nadludzko mocny, że prawie sam jeden zmordował i pobił tę resztę dających opór, aż musieli go w końcu uspokajać i odrywać, boby zabijał na śmierć… Bitka się skończyła i Lipczaki, choć zmordowani, pokaleczeni, okrwawieni, napeł- niali las radosną wrzawą. Kobiety opatrywały co ciężej rannych i przenosiły na sanie, a było ich niemało, Kłę- biak jeden miał złamaną rękę, Jędrzych Pacześ przetrącony kulas, że stąpić nie mógł i darł się wniebogłosy, kiej go przenosili, Kobus zaś był tak pobity, że się ruchać nie mógł, Mateusz żywą krew oddawał i na krzyż narzekał, a insi też ucierpieli nie gorzej, że prawie nie było ani jednego, który by cało wyszedł, ale że górę wzięli, to i na ból nie bacząc pokrzykali wesoło a rozgłośnie – i zabierali się do powrotu. Borynę złożyli w saniach i wieźli wolno bojąc się, by w drodze nie zamarł, nieprzy- tomny był, a spod szmat wciąż wydobywała się krew zalewając mu oczy i twarz całą, blady był jak płótno i zupełnie podobny do trupa. Antek szedł przy saniach, wpatrzony przerażonym wzrokiem w ojca, podtrzymy- wał mu głowę na wybojach i raz w raz bełkotał cicho, prosząco, żałośnie: – Ociec! Loboga, ociec!… Ludzie szli bezładnie, kupami, jak komu lepiej było, a lasem, bo środkiemdrogi szły sanie z poranionymi, jaki taki jęczał i postękiwał, a reszta śmiała się głośno, pokrzy- kując wesoło i szumnie. Zaczęli opowiadać sobie różności, a przechwalać się z prze- wagi i przekpiwać z pokonanych, gdzieniegdzie już i śpiewy zaczęły się rozlewać, ktoś znów krzykał na cały bór, aż się rozlegało, a wszyscy byli pijani triumfem, że niejeden zataczał się na drzewa i potykał o lada jaki korzeń… Mało kto czuł pobicie i zmęczenie, bo wszystkie serca rozpierała nieopowiedziana radość zwycięstwa, wszyscy pełni byli wesela i takiej mocy, że niechby się kto sprze- ciwił, na proch by starli, na cały świat by się porwali. Szli mocno, głośno, hałaśliwie, tocząc jarzącymi oczami po tym borze zdobytym, któren chwiał się nad głowami, szumiał sennie i sypał na nich rosisty opad osędzie- lizny, kieby tymi łzami pokrapiał. Naraz Boryna otworzył oczy i długo patrzał w Antka, jakby sobie nie wierząc, aż głęboka, cicha radość rozświeciła mu twarz, poruszył ustami parę razy i z największym wysiłkiem szepnął: – Tyżeś to, synu?… Tyżeś?… I omdlał znowu. KONIEC CZĘŚCI DRUGIEJ Boryna – miłość do syna
Made with FlippingBook
RkJQdWJsaXNoZXIy NzE1NzM2