Rok 1984
92 reprezentowała. Wydawało mu się to naturalne i zdrowe, jak prychnięcie konia, który czuje zapach skisłego siana. Zostawili polanę za sobą i znów wędrowali, brodząc przez plamy cienia i słońca, objęci w pasie, ilekroć pozwalała na to szerokość leśnej dróżki. Winston zauważył delikatność i miękkość jej talii, kiedy Julia zdjęła szarfę. Rozma- wiali szeptem. Po zejściu z polany, zdaniem Julii,lepiej iść cichutko. Wkrótce dotarli do skraju zagajnika. Zatrzymała go zdecydowanym gestem. – Nie wychodź z lasu. Ktoś może patrzeć. Lepiej trzymać się za linią drzew. Stali w cieniu krzewów leszczyny. Przesączające się przez liście drzew słońce ogrzewało ich twarze. Winston wyjrzał na pole i uświadomił sobie ze zdziwieniem, że rozpoznaje to miejsce. Już je kiedyś widział. To było stare, upstrzone kretowiskami pastwisko, na którym trawę tu i ówdzie powygryzały króliki, a między kopczykami kretów biegła ledwie widoczna ścieżynka. W nierównym żywopłocie po drugiej stronie pola gałązki wiązów kołysały się słabo na wietrze, a ich liście mieszały się i splatały w gęstą masę, jak włosy kobiety. Z pewnością gdzieś w pobliżu, ale poza zasięgiem wzroku, płynie strumień i rozlewa się pod kępą wierzb, a w nim pływają jelce. – Nie ma gdzieś w pobliżu strumienia? – spytał szeptem. – Zgadza się, jest strumień, na skraju pola trochę dalej. I ryby, naprawdę duże. Widać w rozlewiskach pod wierzbami, jak machają ogonami. – To Złoty Kraj, no prawie – mruknął. – Złoty Kraj? – Nieważne. Taki krajobraz, który czasami widywałem we śnie. – Popatrz! – szepnęła Julia. Drozd usiadł na gałęzi niecałe pięć metrów dalej, prawie na wysokości ich twarzy. Może ich nie widział. Ptak był w słońcu, oni stali w cieniu. Rozpostarł skrzydła, sta- rannie je złożył, pochylił głowę, jakby składając pokłon słońcu, a potem zaśpiewał potoczyście. W ciszy majowego popołudnia jego głos zabrzmiał potężnie. Win- ston i Julia przytulili się do siebie zasłuchani. Pieśń płynęła bez ustanku, minuta za minutą, pełna zadziwiających wariacji, ptak ani razu nie powtórzył tej samej frazy, jakby chwalił się swoją wirtuozerią. Czasami milkł na kilka sekund, rozpościerał i ponownie składał skrzydła, a następnie wypinał nakrapianą pierś i na nowo zaczynał trele. Winston oglądał to widowisko w niemym zachwycie. Dla kogo, dla czego, ten ptak śpiewał? Żaden rywal go nie obserwował ani żadna samiczka. Co mu kazało przycupnąć na skraju samotnego lasu i wypełniać pustkę pieśnią? Winston zastana- wiał się, czy gdzieś w pobliżu jest ukryty mikrofon. On i Julia rozmawiali cicho, tylko szeptem, którego mikrofon by nie wychwycił, a śpiew drozda tak. Być może na drugim końcu instalacji słuchał tego uważnie jakiś mały, podobny do chrząszcza człowieczek. Stopniowo jednak fala muzyki wyparła wszystkie spekulacje. Melodia była jak płynny materiał, który go oblewał i mieszał się z przesączającym się przez liście światłem sło- necznym. Przestał myśleć i po prostu czuł. Kibić dziewczyny w zgięciu jego ramienia była miękka i ciepła. Przyciągnął ją bliżej, by poczuć na sobie jej piersi; miał wrażenie, że ciało Julii wtapia się w jego ciało. Czuł, że wszystko, czego dotyka, poddaje się pod jego dłońmi jak woda. Ich usta znalazły się nawzajem, ale ten pocałunek był zupełnie
Made with FlippingBook
RkJQdWJsaXNoZXIy NzE1NzM2