Rok 1984
93 inny od pospiesznych pocałunków, które wymienili wcześniej. Kiedy znów się od siebie odsunęli, oboje głęboko westchnęli. Spłoszony ptak zerwał się z łopotem skrzydeł. Winston zbliżył usta do jej ucha. – Teraz – szepnął. – Nie tutaj – odparła również szeptem. – Chodźmy na polanę. Tam jest bezpiecz- niej. Pospiesznie, nie zważając na trzask pękających pod stopami gałązek, wrócili na dawne miejsce. Kiedy znów znaleźli się otoczeni pierścieniem młodych drzew, odwró- ciła się i stanęła na wprost niego. Oboje oddychali szybko, ale w kącikach ust Julii błąkał się uśmieszek. Przez chwilę patrzyła mu prosto w oczy, a potem sięgnęła pal- cami do zamka błyskawicznego kombinezonu. Tak! To było prawie jak we śnie Win- stona. Niemal tak szybko, jak to sobie wcześniej wyobrażał, zdarła z siebie ubranie, a odrzucając je na bok, wykonała ten sam, absolutne niezgodny z linią Partii, wspa- niały, buntowniczy gest. Jej ciało lśniło w słońcu bielą marmuru. Przez chwilę jednak Winston nie patrzył na jej ciało; utkwił wzrok w piegowatej twarzy. Jego wzrok przykuł zadziorny uśmieszek Julii. Uklęknął przed dziewczyną i ujął jej dłonie. – Robiłaś to już kiedyś? – Oczywiście. Setki razy. No, może dziesiątki razy. – Z partyjnymi? – Tak, zawsze z partyjnymi. – Z Egzekutywy? – Nie, z tymi wieprzami nigdy. Ale jest wielu, którzy by chcieli, gdyby mieli cho- ciaż cień szansy. Wcale nie są tacy święci. Serce zabiło mu mocniej. Robiła to wiele razy. Szkoda, że nie było tych facetów setki, a nawet tysiące. Wszystko, co było oznaką zepsucia, napawało Winstona nieopa- nowaną, wręcz dziką nadzieją. Kto wie, może Partia jest przegniła pod powierzchnią, a jej kult wytężonej pracy i samozaparcia to fikcja, pod którą kryje się łajdactwo i nie- prawość? Gdyby mógł zarazić całą tę bandę trądem lub kiłą, uczyniłby to bez wahania! Zrobiłby wszystko, żeby ich osłabić, podważyć ich filozofię i odkryć tę całą zgniliznę! Przyciągnął Julię do siebie, tak że klęczeli twarzą w twarz. – Słuchaj. Im więcej miałaś facetów, tym bardziej będę cię kochać. Rozumiesz? – Tak, doskonale rozumiem. – Nienawidzę czystości, nienawidzę lukrowanej dobroci! Nie chcę, żeby gdziekol- wiek istniała cnota. Chcę, żeby wszyscy byli zepsuci do szpiku kości. – Dobrze trafiłeś, najmilszy. Jestem bardzo zepsuta. – Lubisz to? I nie chodzi o mnie. Pytam, czy lubisz to robić z facetami? – Uwielbiam. Nade wszystko właśnie to chciał usłyszeć. Nie tylko miłość do jednej osoby, ale zwierzęcy instynkt, proste pragnienie czyjegoś ciała – taka siła mogłaby rozerwać Partię na strzępy. Położył ją na trawę usianą zerwanymi dzwoneczkami. Tym razem nie miał żadnych trudności. Teraz falowanie i opadanie zamierało, uspokajał się przy- spieszony rytm ich oddechów i powoli odrywali się od siebie owładnięci poczuciem
Made with FlippingBook
RkJQdWJsaXNoZXIy NzE1NzM2