Chłopi
11 jesień Ksiądz szedł coraz wolniej, czasem przystawał, aby odetchnąć, to znowu obejrzał się na swoje siwki, to przyglądał się chłopakom, obtłukującym kamieniami ogromną gruszę, aż hurmem przybiegli do niego i chowając ręce za siebie całowali w rękaw sutanny. Pogładził ich po głowach i rzekł upominająco: – Nie łamcie ino gałęzi, bo na bezrok gruszek mieć nie będziecie. – My nie rzucalim na gruszki, ino że tam jest gapie gniazdo – ozwał się śmielszy. Ksiądz się uśmiechnął dobrotliwie i zaraz znowu przystanął przy kopaczach. – Szczęść Boże w robocie! – Boże zapłać, dziękujemy! – odpowiedzieli razem, prostując się, i ruszyli wszyscy do ucałowania rąk dobrodzieja kochanego. – Pan Bóg dał latoś urodzaj na kartofle, co? – mówił wyciągając otwartą tabakierkę do mężczyzn; brali sumiennie i z szacunkiem w szczypty, nie śmiejąc przy nim zażywać. – Juści, kartofle kiej kocie łby i dużo pod krzami. – Ha, to świnie zdrożeją, bo jaki taki chciał będzie wsadzać do karmika. – Już i tak drogie; na zarazę latem wyginęły, a i do Prus kupują. – Prawda, prawda. A czyje to ziemniaki kopiecie? – A Borynowe. – Gospodarza nie widzę, tom i rozeznać nie rozeznał. – Ociec pojechali z moim ano do boru. – A to wy, Anna, jakże się macie? – zwrócił się do młodej, przystojnej kobiety w czer- wonej chustce na głowie, która, że ręce miała uwalane ziemią, przez zapaskę ujęła jego rękę i pocałowała. – Jakże się ma ten wasz chłopak, com go to we żniwa chrzcił? – Bóg zapłać dobrodziejowi, zdrów się chowa i coś niecoś bałykuje 3 . – No, zostańcie z Bogiem. – Panu Bogu oddajem. I ksiądz skręcił na prawo, ku cmentarzowi, który leżał z tej strony wsi, przy topolami wysadzonej drodze. Długo za nim spoglądali w milczeniu, na jego smukłą, pochyloną nieco postać, dopiero gdy przeszedł niskie, kamienne ogrodzenie cmentarza i szedł między mogiłami ku kaplicy, co stała wpośród pożółkłych brzóz i klonów czerwonych, rozwiązały się im języki. – Lepszego to i na całym świecie nie znaleźć – zaczęła któraś z kobiet. – Juści, chciały go też zabrać do miasta… żeby ociec z wójtem nie jeździli prosić biskupa, to byśwa go i nie mieli… Kopta no, ludzie, kopta, bo do wieczora mało daleko, a ziemniaków mało wiele! – mówiła Anna wysypując swój kosz na kupę żółcącą się na roz- kopanej ziemi, pełnej zeschłych łęcin 4 . Wzięli się chyżo za robotę i w cichości, że ino słychać było dziabanie motyczek o twardą ziemię, a czasem suchy dźwięk żelaza o kamień. Czasami ktoś niektoś wypro- stował zgięty i zbolały grzbiet, odetchnął głęboko, popatrzył bezmyślnie na siejącego 3 bałykujeb – raczkuje. 4 łęcinyb – zeschnięte łodygi ziemniaków.
Made with FlippingBook
RkJQdWJsaXNoZXIy NzE1NzM2