Chłopi
18 jesień – Gdzie Witek pasł krowy? – zapytał, krając potężny glon 14 chleba z bochna jak przetak wielkiego. – Na dworskich zagajach i borowy go stamtąd wygonił. – Ścierwy, zmarnowali mi bydlę. – Przeciech, tylo krowa, to się zlachała w tym gonieniu, że się w niej cosik zapaliło. – Dziadaki, psiekrwie. Paśniki są nasze, w tabeli stoi kiej wół, a one cięgiem wyganiają i pedają, co ich. – Drugich też powyganiali, a chłopaka Walkowego tak zbił, tak zbił… – Ha! do sądu trza abo i do komisarza. Trzysta złotych warta, jak nic. – Pewnie, pewnie – przytakiwała rada niezmiernie, że ociec się udobruchali. – Powiedzcie Antkowi, że skoro ziemniaki zwiezą, to niech się wezmą do krowy, trza ją obłupić i poćwiertować. Przyndę od wójta, to wama pomogę. W sąsieku u belki ją powiesić – będzie przespiecznie ode psów lebo jenszej gadziny… Skończył wrychle jeść i wstał, bych się nieco przyogarnąć, ale takie ociążenie poczuł w sobie, takie ciągotki w kościach, taką senność, że jak stał, rzucił się na łóżko, by się z pacierz przedrzymać. Hanka poszła na swoją stronę i krzątała się po izbie, i coraz to wychylała się przez okno spojrzeć na Antka, który pożywiał się na ganku, przed domem; odsadził się od miski oby- czajnie i z wolna ciągnął łyżkę za łyżką, skrzybiąc mocno o wręby i spozierając czasami przed się na staw – bo zachód już był i na wodzie czyniły się złotopurpurowe tęcze i pło- mienne koliska, przez które niby białe chmurki przepływały z gęgotem gęsi, rozlewając dziobami sznury krwawych pereł. Wieś zaczynała się mrowić i wrzeć ruchem; na drodze z obu stron stawu, ciągle podno- siły się kurzawy i turkoty wozów, i porykiwania krów, które wchodziły do stawu po kolana, piły wolno i podnosiły ciężkie łby, aż cienkie strugi wody, niby bicze opali, opadały im z szerokich gębul. Gdzieś, od drugiego końca stawu, słychać było trzask kijanek bab piorących i głuchy, monotonny łopot cepów w jakiejś stodole. – Antek, urąb no pieńków, bo sama nie poradzę – prosiła nieśmiało i z obawą, bo nic to nie było u niego skląć abo i zbić z leda powodu. Nie odrzekł nawet, jakby nie słyszał, że ona nie śmiała powtórzyć i już sama poszła udziabywać trzaski z pni – i milczał zły, zmęczony całodzienną pracą srodze, i patrzył teraz na staw, na drugą stronę, w duży dom, świecący białymi ścianami i szybami okien, bo zachód bił w niego. Pęki czerwonych georginii wychylały się zza kamiennego płotu i paliły jaskrawo na tle ścian, a przed chałupą, w sadzie, to między opłotkami uwijała się wysoka postać – ale twarzy rozeznać nie można było, bo co chwila ginęła w sieni, to pod drzewami. – Śpią se kiej dziedzic, a ty, parobku, rób – mruknął ze złością, bo ojcowe chrapanie rozlegało się aż na ganku. Poszedł na podwórze i raz jeszcze przyjrzał się krowie. 14 glonb – kawał.
Made with FlippingBook
RkJQdWJsaXNoZXIy NzE1NzM2