Chłopi
19 jesień – Juścik, ojcowa krowa, ale i nasza strata – rzekł do żony, która, że to Kuba przywiózł ziemniaki z pola, rzuciła łupanie drzewa i szła do woza. – Doły jeszcze nie wyporządzone, to trza zesuć na klepisko. – Kiej ociec mówili, żebyś na klepisku krowę z Kubą obdarł i wyporządził. – Zmieści się i krowa, zmieszczą się i ziemniaki – szeptał Kuba, otwierając wierzeje stodoły na roścież. – Ja ta nie jestem drzyk, cobym krowę obłupiał ze skóry – rzucił Antek. I już nie mówili, słychać było tylko gruchot zsypywanych na klepisko ziemniaków. Słońce zgasło, wieczór się robił, świeciły jeszcze zorze łunami zakrzepłej krwi i osty- głego złota i posypywały na staw jakby pyłem miedzianym, że wody ciche drgały rdzawą łuską i szmerem sennym. Wieś zapadała w mrokach i w głęboką, martwą ciszę jesiennego wieczora. Chałupy malały, jakby się przypłaszczały do ziemi, jakby się tuliły do drzew sennie pochylonych, do płotów szarych. Antek z Kubą zwozili ziemniaki, a Hanka z Józią uwijały się koło gospodarstwa, bo gęsi trza było zagnać na noc, to świnie nakarmić, bo z kwikiem cisnęły się do sieni i wsa- dzały żarłoczne ryje do cebratek, gdzie stało picie dla bydląt, to krowy wydoić, bo właśnie Witek przygnał resztę z pastwiska i zakładał im za drabiny po garści siana, żeby spokoj- niej stały przy dojeniu. Jakoż Józia zabrała się doić pierwszą z brzegu, gdy Witek wylazł od żłobów i spytał cicho, trwożnie: – Józia, a gospodarz źli?… – O Jezu, spierą cię, chudziaku, spierą… tak pomstowali – odpowiedziała, wyty- kając ku światłu głowę i osłaniając ręką twarz, bo krowa chlastała ogonem, oganiając się od much. – Ale… bom to winowaty… ale… borowy mię wygnał i jeszcze chciał kijem sprać, inom uciekł… a granula zarno się jęła pokładać, a porykiwać, a stękać, żem do chałupy przygnał… Zamilkł, ale słychać było ciche, bolesne chlipanie i siurkanie nosem. – Witek… a nie bucz kiej ciele, bo ci to pierwszyzna, że cię ociec spierą?… – Juści, że nie pierwszyzna, ale zawdy tak się bojam… bo nijakiej wytrzymałości na bicie nie mam… – Głupiś, parobek tyli, a boja się… już ja przełożę tatusiowi… – Przełożysz, Józia? – zawołał radośnie – bo to borowy mię wygnał z krowami, bo… – Przełożę, Witek, ino się już nie bojaj!… – Kiej tak… to naści tego ptaka! – szepnął z radością i wyjął z zanadrza drewniane cudło. – Obacz ino, jak się sam rucha. Postawił go na progu obory, nakręcił, i ptak zaczął się kiwać, podnosić nogi długie i spacerować… – Bociek, Jezu, a dyć się rucha kiej żywy! – zawołała zdumiona, odstawiła szkopek, przykucnęła przed progiem i z najżywszą radością i zdumieniem patrzyła. – Jezu! to z ciebie mechanik! I to się sam tak rucha, co?
Made with FlippingBook
RkJQdWJsaXNoZXIy NzE1NzM2