Chłopi
24 jesień – Mamrot, latawiec i jedno biedro ma grubsze. – A wdowa po Tomku, jakże to jej?… całkiem jeszcze do żeniaczki… – Troje dzieci, cztery morgi, dwa krowie ogony i stary kożuch po nieboszczyku. – A Ulisia tego Wojtka, co to za kościołem siedzi?… – I… to la kawalera… z przychowkiem, chłopak mógłby już być do pasionki, ale Maciejowi tego nie potrza, ma już pastucha swojego. – Jest ci jeszcze, jest tego nasienia pannowego, ale ino wybieram takie, co by pasowały la Macieja. – A zabaczyłaś o jednej, co by była la nich w sam raz. – Którna?…. – A Jagna Dominikowa? – Prawda, całkiem o niej przepomniałam. – Sielna dziewucha, a rosła, że bez płot nie przejdzie, bo żerdki pod nią pękają… a piękna, biała na gębie, a urodna kiej jałowica. – Jagna – powtórzył Boryna słuchający w milczeniu wyliczania – a to powiedają o niej, że łasa na chłopaków. – Ale, był to kto przy tym, to wie! Pleciuchy pletą, byle pleść, a wszystko ino przez zazdrość – broniła mocno wójtowa. – Ja też nie powiedam sam z siebie, ino tak pogadują. Ale trza mi iść – poprawił pasa, wraził węgielek we fajkę i pyknął parę razy. – Na którą to w sądzie? – zapytał spokojnie. – Na dziewiątą napisane w powiestce. Musicie do dnia wstać, jeśli na piechty. – I… źróbką se wolno pojadę. Ostańcie z Bogiem, dziękuję wama za pożywienie i somsiedzką radę. – Idźcie z Bogiem, a pomyślcie, cośwa wama raili…Powiecie, to z wódką pójdę do pani matki i jeszcze przed Godami sprawim wesele… Boryna nie odrzekł nic, łypnął ino oczami i wyszedł. – Jak stary młódkę bierze, diabeł się cieszy, bo profit z tego miał będzie – rzekł dziad poważnie, skrobiąc głośno po dnie miski. Boryna wolno wracał i żuł w sobie rozważnie, co mu raili. Nie dał poznać po sobie tam u wójtów, że mu się ta myśl strasznie udała, bo jakże, gospodarz był, a nie żaden chłopak, co to ma jeszcze mleko pod nosem, a na wspominek o żeniaczce aże kwiczy i z nogi na nogę przedeptuje. Noc już ogarnęła ziemię, gwiazdy srebrną rosą pobłyskiwały z ciemnych, głuchych głębin, cicho było we wsi, psy tylko niekiedy poszczekiwały, a tu i ówdzie spoza drzew mżyły się słabe światełka…czasem wilgotny podmuch zawiał z łąk, że drzewa poczęły się lekko chybotać i z cicha poszmerywać listkami. Boryna nie wrócił drogą, jaką był przyszedł, a tylko puścił się w dół, przeszedł most, pod którym woda z bełkotem przelewała się do rzeki i waliła głucho na młyn, i nawrócił na drugą stronę stawu – wody leżały ciche i lśniły się czarniawo, pobrzeżne drzewa rzucały na taflę czarne cienie i jakby ramą obejmowały brzegi, a w pośrodku stawu, gdzie jaśniej było, odbijały się gwiazdy niby w zwierciadle stalowym.
Made with FlippingBook
RkJQdWJsaXNoZXIy NzE1NzM2