Chłopi

28 jesień – Głupie to jeno bydle, a i temu na koniec przyszło. Widzi mi się, co jutro zgotują mięsa…Tyle i z ciebie, biedoto, że człek se podje w niedzielę… Westchnął do tego jadła i powlókł się budzić Witka… – Słońce ino, ino – zarno się pokaże…Krowy trza wypędzać. Witek mamrotał coś, bronił się, przykładał do kożucha, ale w końcu wstać wstał i łaził ociężały i senny po podwórzu. Gospodarz zaspali dzisiaj, bo słońce już weszło i rozczerwieniło szrony, i zapaliło łuny w wodach i szybach, a z chałupy nikt się nie pokazywał… Witek siedział na progu obory i podrapywał się zajadle, i przeziewał, a że wróble poczęły zlatywać z dachów do studni i trzepać się w korycie, to przyniósł drabkę i wlazł pod okap zajrzeć do gniazd jaskółczych, bo cicho tam jakoś było. – Pomarzły czy co? I jął wyciągać delikatnie pomorzone ptaszki i kłaść je za pazuchę. – Kuba, wiecie, nie żyją, o! – Pobiegł do parobka i pokazywał sztywne, pogasłe jaskółki. Ale Kuba wziął ino w rękę, przyłożył do ucha, dmuchnął w oczy i rzekł: – Zdrętwiały, bo przymrozek galanty. Ale że to głupie nie poszły jeszcze do ciepłych krajów, no, no… – poszedł do swojej roboty. A Witek siadł pod chałupą, w szczycie, bo słońce już tam dochodziło i oblewało bie- lone ściany, po których i muchy łazić poczynały; wyciągał zza koszuli te, które już ogrzane nieco jego ciałem, gmerały się trochę, chuchał na nie, rozdziawiał im dziobki, poił z ust własnych – aż ożywiały się, otwierały oczy i poczynały wydzierać się do ucieczki; wtedy prawą ręką czaił się po ścianie i raz wraz zagarnął jaką muchę, nakarmiał nią i puszczał. – Lećta se do matuli, lećta – szeptał, patrząc jak jaskółki siadały na kalenicy obory, cze- sały się dziobkami i szczebiotały jakby dziękczynienia. A Łapa siedział przed nim na zadzie i skomlał uciesznie, a co który ptaszek wyfruwał, rzucał się za nim, biegł kilka kroków i zawracał z powrotem stróżować. – Ale, złap wiater w polu – mruczał Witek i tak się zatopił w rozgrzewaniu jaskółek, że ani widział, kiedy Boryna wyszedł zza węgła i stanął przed nim. – Ptaszkami się, ścierwo, zabawiasz, co? Porwał się, by uciekać, ale już gospodarz chycił go krótko za kark i drugą ręką szybko odpasywał szeroki, twardy pas rzemienny. – A dyć nie bijcie, a dyć! – zdążył krzyknąć jeno. – Takiś to pastuch, co? Tak to pilnujesz, co? Najlepsza krowa się zmarnowała, co?…Ty znajdku, ty pokrako warsiaska! Ty! – I bił zapamiętale, gdzie popadło, aż rzemień świsz- czał, a chłopak wił się kiej piskorz i wrzeszczał: – Nie bijta! Loboga! Zabije mię! Gospodarzu!…O Jezu, ratujta!… Aż Hanka wyjrzała z chałupy, co się dzieje, a Kuba splunął i schował się do stajni. A Boryna łoił go rzetelnie, wybijał mu na skórze swoją stratę tak zajadle, że Witek miał już gębę posinioną i z nosa puściła mu się krew, krzyczał wniebogłosy i cudem jakimś się wyrwał, chwycił się obu rękami z tyłu za portki i gnał w opłotki. – Jezu, zabili mę, zabili mę! – ryczał i tak pędził, aż mu reszta jaskółek wylatywała zza pazuchy i rozsypywała się po drodze.

RkJQdWJsaXNoZXIy NzE1NzM2