Chłopi
29 jesień Boryna pogroził jeszcze za nim, opasał się i wrócił do chałupy, i zajrzał na Antkową stronę. – Słońce już na dwa chłopa, a ty się jeszcze wylegujesz! – krzyknął do syna. – Zmogłem się wczoraj kiej bydlę, to muszę się wywczasować. – Do sądu pojadę… Zwieź ziemniaki, a jak ludzie skończą kopanie, to zagnać je do grabienia ściółki, a ty mógłbyś kołki pozabijać do ogacenia. – Ogaćcie se sami chałupę, nama tutaj nie wieje. – Rzekłeś… to swoją stronę ogacę, a ty marznij, kiejś wałkoń. Trzasnął drzwiami i poszedł na swoją stronę. Józka już rozpaliła ogień i szła doić krowy. – Rychło daj jeść, bo trza mi jechać… – Przecięch się nie ozedrę, dwóch robót razem nie poradzę – i poszła. – Spokojnego oczymgnienia nie ma, ino kłyźnij 16 się ze wszystkimi! – myślał i wziął się do obleczenia, ale zły był i zgryziony. Jakże, ciągła wojna z synem, słowa nie można rzec, bo zaraz do oczów z pazurami skacze albo rzeknie coś, co jaże we wątpiach poczu- jesz. Na nikogo się spuścić, ino haruj i haruj! Złość w nim zbierała, aż poklinał z cicha i rzucał szmatami po izbie a butami. – Słuchać się powinny, a nie słuchają! Czemu to? – myślał. – Widzi mi się, co bez kijaszka z nimi obyć się nie obędzie, bez twardego! Dawno się im to należało, zaraz po śmierci nieboszczki, kiej kłyźnić się zaczęły o gronta, ale się jeszcze wagował, żeby zgorszenia we wsi nie czynić. Gospodarz był przeciech nie leda jaki, na trzydziestu morgach, i z rodu nie bele chto – Boryna, wiadomo. Ale dobrością z nimi się nie skończy, nie!… – Tu przyszedł mu na myśl zięć, kowal, któren wszystkich po cichu burzył, a i sam wciąż nastawał, żeby mu sześć morgów odpisać i morgę lasu – a już na resztę chciał poczekać… – To niby kiej zamrę! Poczekaj, jucho, poczekaj – myślał ze złością. – Póki się ino rucham, nie powąchasz ty ani zagona! Widzisz go, mądrala! Kartofle już mocno perkotały w kominie, gdy Józka przyszła od udoju i wnetki narzą- dziła śniadanie. – Józka! A mięso sama przedawaj. Jutro niedziela, ludzie się już zwiedziały, to się ich tu naleci; ino nie borguj nikomu. Pośladek ostaw la nas; zawoła się Jambroża, to zasoli i przyprawi… – A dyć i kowal umieją… – Ale, podzieliłby się kiej wilk z owcą. – Magdzie będzie markotno, że to nasza krowa, a ona nawet nie obaczy. – To la Magdy wytnij jaką sztuczkę i zanieś, ale kowala nie wołaj. – Dobryście, tatulu, dobry. – Hale, córuchno, hale! Pilnuj tutaj, a już ci bułeczkę przywiezę abo i co. Podjadł se niezgorzej, opasał się pasem, przygładził poślinioną dłonią zwichrzone i rzadkie włosy, ujął bat i jeszcze się rozglądał po izbie… 16 kłyźnićb – kłócić.
Made with FlippingBook
RkJQdWJsaXNoZXIy NzE1NzM2