Chłopi

31 jesień Ptaszki ćwierkały w gałęziach, to czasem wiatr przegarnął leciuchnymi palcami po czubach drzew, że ino jaki taki listeczek, kieby motyl złoty, odrywał się od maci, spadał kolisto na drogę abo i na zakurzone osty, co zaognionymi oczami kwiatów hardo patrzyły w słońce – a topole zagwarzyły, poszemrały z cicha gałązkami i pomilkły – kiej te kumy, co na Podniesienie oczy podniesą, ręce rozłożą i westchną modlitewnie, a padną wnetki w proch przed Majestatem ukrytym w tej złotej monstrancji zawisłej nad ziemią świętą, nad rodzoną… Dopiero pod lasem przecknął na dobre i wstrzymał konia. – Wschodzi niezgorzej – szepnął, przyjrzawszy się pod światło szarym zagonom, ordzawionym krótką szczotką wschodzącego żyta. – Kawał pola, a przyległo do mojego, kieby kto z umysłu narządził! Żyto! widzi mi się, wczoraj posiały. – Ogarnął pożądliwym spojrzeniem zbronowane zagony, westchnął i wjechał w las. Poganiał często konia, bo droga szła po równym i twardsza była, tylko gęsto przeroś- nięta korzeniami, na których wóz podskakiwał i turkotał. Ale już nie drzemał, owiany surowym i chłodnym dechem lasu. Bór był ogromny, stary – stał zbitą gęstwą wmajestacie wieku i siły, drzewo przy drzewie sama sosna prawie, a często dąb rosochaty i siwy ze starości, a czasem brzozy w białych koszulach, z rozplecionymi warkoczami żółtymi, że to jesień już była. Podlejsze krze, jako leszczyna, to karłowata grabina, to osiczyna drżąca – tuliły się do czerwonych, potężnych pni, tak zwartych koronami i poplątanych gałęziami, że ino gdzieniegdzie przedzierało się słońce i pełzało niby złote pająki po mchach zielonych i paprociach zrudziałych. – Zawżdy mojego tu są cztery morgi! – myślał i pożerał oczami las, i już na oko wybierał co najlepszy. – Przeciech Pan Jezus nie da nas ukrzywdzić – abo i same się nie damy, nie… Dworowi widzi się dużo, a nam mało. Zarno… moje ze cztery, a Jagusine z morga…cztery i jedna…Wio! głupia, sroków się będzie bojała! – Trzepnął ją batem, bo na suszce, co dźwigała Bożą Mękę, kłóciły się sroki tak zajadle, aż źrebica strzygła uszami i przystawała. – Srokowe wesele – deszczu będzie wiele. – Przypiął parę batów źrebicy i jechał kłusem. Dobrze było już po ósmej, bo ludzie na polach siadali do śniadaniowych dwojaków, gdy wjeżdżał do Tymowa, na puste uliczki, obstawione pozapadanymi domostwami, co przysiadły niby stare przekupki nad rynsztokami, pełnymi śmieci, kur, Żydziąt obdartych i nierogacizny. Zaraz na wjeździe obstąpili go Żydzi i Żydówki i nuż zaglądać do wasągu, macać pod grochowinami, pod siedzeniem, czy nie wiezie czego na sprzedanie. – Poszły, parchy! – mruknął, wjeżdżając na rynek, pod cień starych, poobdzieranych kasztanów, konających na środku placu, gdzie już stało kilkanaście wozów z wyprzęgnię- tymi końmi. I swój wasąg tam umieścił, źrebicę wyłożył łbem do półkoszka, nasuł jej do kobiałki obroku, bat schował na dno, pod siedzenie, otrzepał się ze słomy i ruszył prosto do Mordki, tam gdzie błyszczały trzy mosiężne talerze, aby się nieco przyogolić – wyszedł wkrótce

RkJQdWJsaXNoZXIy NzE1NzM2