Chłopi

30 jesień – Bym czego nie przepomniał. – Chciało mu się zajrzeć do komory,ale się powstrzymał, bo Józka patrzała, więc się przeżegnał i ruszył. A już z wasąga, zbierając w garść parciane lejce, rzekł Józce na ganek: – Skończą ziem- niaki, to zaraz iść grabić ściółkę, kwitek jest za obrazem. A niechta zetną jakiego grabka albo i chojkę – przyda się. Wóz ruszył i już był w opłotkach, gdy Witek mignął pod jabłoniami. – Zabaczyłem…prru…Witek! Prru! Witek, puść krowy na łąki, a pilnuj, bo cię, jucho, spierę, że popamiętasz. – Ale, pocałujta mę gdzieś… – odkrzyknął hardo, znikając za stodołą. – Będziesz tu pyskował, jak zlezę, to obaczysz… Skręcił z opłotków na lewo, na drogę wiodącą ku kościołowi; podciął batem źróbkę, że podyrdała truchcikiem po wyboistej, pełnej kamieni drodze. Słońce było już chyla tyla 17 nad chałupami i świeciło coraz cieplej, bo z oszroniałych strzech podnosiły się opary i woda skapywała, tylko w cieniach – pod płotami w sadach, po rowach, leżał jeszcze siwy mróz; po stawie wlekły się ostatnie zrzedłe mgły i woda poczynała spod bielm wrzeć brzaskami i odbłyskiwać słońce. We wsi poczynał się już zwykły ruch: poranek był jasny i chłodny, a że zaś przymrozek orzeźwił powietrze, to i raźniej się poruszali, i zgiełkliwiej; wychodzili gromadnie na pola, którzy do kopania szli z motyczkami a koszykami na ręku, dojadając śniadań; którzy z pługiem ciągnęli na ścierniska; którzy na wozach brony wieźli a worki pełne ziarna siew- nego; którzy znów zasię wykręcali ku lasom z grabiami na ramionach, ściółkę grabić – że ino dudniło po obu stronach stawu i krzyk się wzmagał, bo drogi były zatłoczone bydłem ciągnącym na paszę, szczekaniem psów, pokrzykami, co wybuchały raz wraz z niskiej, ciężkiej kurzawy, jaka się była wznosiła z orosiałych dróg. Boryna wymijał trzody ostrożnie, czasem śmignął po wełnie jakie jagniątko głupie, co się nie usuwało przed źrebicą, to cielę jakie, aż i wyminął wszystkich i koło kościoła, który stał osłonięty potężnym wałem lip żółknących i klonów, wjechał na szeroki gości- niec, obsadzony z obu stron ogromnymi topolami. A że w kościele była msza święta, bo sygnaturka przedzwoniła ofiarę i huczały przyci- szonym głosem organy, zdjął kapelusz i westchnął pobożnie. Droga była pusta i zasłana opadłym liściem tak obficie, że wyboje i głęboko powyrzy- nane koleiny pokryły się rdzawozłocistym kobiercem pociętym gęstymi pręgami cieniów, jakie rzucały pnie topoli, bo słońce z boku świeciło. – Wio, maluśka, wio! – Świsnął batem i źrebica przez kilka stajań 18 poszła raźniej, ale potem opadła i wlekła się wolno, bo droga, choć nieznacznie, szła pod wzgórza, na któ- rych czerniały lasy. Boryna, że go ta cisza mroczyła sennością, to poglądał przez kolumnadę topoli na pola, pławiące się w różowym, porankowym świetle, albo myśleć usiłował o sprawie z Jewką, to o granuli – ale nie mógł sobie dać rady, tak go śpik morzył… 17 chyla tylab – trochę. 18 stajanieb – starop. miara długości, lokalnie różna, najczęściej 134 m.

RkJQdWJsaXNoZXIy NzE1NzM2