Chłopi

33 jesień Jakoż i sąd wszedł; najpierw gruby, wysoki dziedzic z Raciborowic, a za nim dwóch ławników i sekretarz, który usiadł przy bocznym stoliku pod oknem i rozkładał papiery a patrzył na sędziów, jak stanęli przy wielkim stole, okrytym czerwonym suknem, i nało- żyli złote łańcuchy na grube karki… Cicho się zrobiło, że słychać było tych, co na ulicy pod oknami gwarzyli. Dziedzic rozłożył papiery, chrząknął, spojrzał na sekretarza i grubym, donośnym głosem oznajmił, że sądy się rozpoczynają. Potem sekretarz przeczytał sprawy na dzień dzisiejszy, coś szepnął pierwszemu ławni- kowi, ten oddał to sędziemu, który kiwnął głową potakująco. Sądy się rozpoczęły. Pierwsza szła sprawa ze skargi strażnika na jakiegoś łyczka o nieporządki w podwórzu. Skazany zaocznie. Potem o pobicie chłopaka za wypasanie końmi koniczyny. Pogodzili się – matka dostała pięć rubli, a chłopak nowe portki i lejbik. Sprawa o woranie się. Odłożono z braku dowodów. Sprawa o kradzież leśną w borze sędziego; stawał rządca – oskarżeni chłopi z Rokicin. Skazani na kary pieniężne lub odsiedzenie w areszcie po dwa tygodnie. Nie przyjęli wyroku, pójdą do apelacji. I tak głośno zaczęli wykrzykiwać na niesprawiedliwość, bo las był wspólny, serwitu- towy, aż sędzia skinął na Jacka, i ten zagrzmiał: – Cichojta, cichojta, bo tu sąd, nie karczma. I tak szła sprawa za sprawą, kieby skiba za skibą, równo i dość spokojnie, czasem tylko podnosiły się skargi abo chlipanie, abo i przekleństwo, ale te Jacek wnet przyciszał. Z izby ubyło nieco ludzi, ale w ich miejsce przybyło tyle nowych, że stali zbici kieby w snop, że nikto poruszyć się nie mógł i zrobił się taki gorąc, iż ani odetchnąć, aż sędzia polecił otworzyć okna. Teraz szła sprawa Bartka Kozła z Lipiec o kradzież świni u Marcjanny Antonówny Pacześ. Świadkowie: taż Marcjanna, syn jej Szymon, Barbara Piesek itd. – Świadkowie czy są? – zapytał ławnik. – Jesteśmy! – zawołali chórem. Boryna, który dotąd samotnie a cierpliwie stał przy kracie, przysunął się nieco do Paczesiowej przywitać, boć to była Dominikowa, matka Jagny. – Oskarżony, Bartek Kozioł, bliżej, za kratę. Niski chłop przepychał się ze środka tak gwałtownie, aż kląć poczęli, że depcze po kulasach i przyodziewek ozdziera. – Cichojta, ścierwy, bo prześwietny sąd mówi! – krzyknął Jacek, wpuszczając go. – Wy Bartłomiej Kozioł? Chłop drapał się frasobliwie po gęstych, równo obciętych włosach; głupowaty uśmiech skrzywiał mu suchą, wygoloną twarz, a małe rudawe oczki chytrze skakały po sędziach niby wiewiórki. – Wy Bartłomiej Kozioł? – zapytał znowu sędzia, bo chłop milczał.

RkJQdWJsaXNoZXIy NzE1NzM2