Chłopi

34 jesień – Dyć juści, on ci Bartłomiej Kozioł, dopraszam się łaski prześwietnego sądu! – pisz- czała ogromna kobieta, wpychając się siłą za kraty. – A wy czego? – Dopraszam się łaski, a dyć ja żona tego chudziaka, Bartka Kozła – i kłaniała się ręką do ziemi, aż wyrurkowanym czepcem zawadzała o stół sędziowski. – Świadkujecie? – Niby to za świadka? ni, jeno dopraszam się… – Woźny, wyrzuć ją za kratę. – Wychodźta, kobieto, bo nie la was tu miejsce… – Chwycił ją za ramiona i pchał zadem. – Dopraszam się prześwietnego sądu, kiej mój ano nie dosłyszy na ten przykład… – krzyczała. – Wychodźta, póki po dobremu – i aż jęknęła, tak ją ciepnął na kratę, bo ani kroku po dobroci ustąpić nie chciała. – Wyjdźcie, będziemy głośno mówili, to choć on Kozioł, a usłyszy! Zaczęło się wreszcie badanie. – Jak się nazywacie? – Hę?… a, przezywam?…Przeciech wołali mę, to niby wiedzieć wiedzą… – Głupiś. Jak się nazywacie? – indagował nieubłaganie sędzia. – Bartek Kozioł, prześwietny sądzie – rzuciła żona. – Ile lat? – Hę?… a, lat?…bo ja to pomnę! Matka, wiele to ja mam roków?… – Pięćdziesiąt i dwa, widzi mi się, będzie na zwiesnę. – Gospodarz?… – I… trzy morgi piachu i ten jeden krowi ogon… sielny gospodarz. – Był już karany? – Hę?…karany?… – Czy siedzieliście w kozie? – To niby w kreminale?…karany?…Matka, byłem to w kreminale, hę?… – A byłeś, Bartku, byłeś, a to cię te ścierwy dworskie o to zdechłe jagniątko… – Juści, juści… na paśniku znalazłem zdechłe jagnię… wzionem, co miały psy roz- włócyć…poskarżyły, przysięgły, com ukradł, sąd przysądził…wsadziły mę i siedziałem… Niesprawiedliwość jest ino, niesprawiedliwość… – mówił głucho i obzierał się nieznacznie na żonę. – Oskarżeni jesteście o kradzież maciory Marcjannie Pacześ! Wzięliście ją z pola, zagnali do domu, zarznęli i zjedli! Co macie na swoją obronę?… – Hę? Zjadłem! Żebym tak Boga przy skonaniu nie oglądał, że nie zjadłem!…Moi- ściewy, zjadłem!…o świecie, o świecie rodzony, ja zjadłem! – wołał żałośnie. – Cóż macie na swoją obronę? – Obronę?… miałem to co rzec, matka?… Juści, baczę; niewinowatym, świni nie zjadłem, a Marcjanna Dominikowa, na ten przykład, szczeka bele co kiej ten pies, że ino chycić za ten paskudny pysk a sprać… a…

RkJQdWJsaXNoZXIy NzE1NzM2