Chłopi

35 jesień – O ludzie, ludzie!… – jęknęła Dominikowa. – To już sobie później zrobicie, a teraz mówcie, jakim sposobem świnia Paczesiowej znalazła się u was?… – Świnia Paczesiowa…u mnie?…Matka, co to wielmożny dziedzic rzekli?… – A dyć, Bartku, to o tym prosiaku, co to za tobą przylazł do chałupy… – Baczę, juści, że baczę, bo prosiak to był, a nie świnia żadna; dopraszam się łaski wielmożnego sądu, niech słyszą, com ano rzekł, i przywtórzę; prosiak to był, a nie świnia; białny prosiak, a kiele ogona abo i zdziebko poniżej czarno łaciaty. – Dobrze, ale skąd się wziął u was? – Niby u mnie?… Zarno wszyćko dokumentnie rzeknę, z czego się pokaże la prze- świetnego sądu i la zgromadzonego narodu – co jestem niewinowaty, a Dominikowa cygan jest baba, pleciuch i ozornica zapowietrzona! – Ja cyganię! A dyć tej Najświętszej Panienki uproszę, żeby was pierun bez świętej spo- wiedzi nie trzasnął! – rzekła cicho, z westchnieniem ciężkim do obrazu Matki Boskiej, wiszącego w rogu izby Dominikowa, a potem, że to już ścierpieć nie mogła, wyciągnęła zwiniętą, chudą pięść do niego i syknęła: – Ty złodzieju świński! ty zbóju! ty!… – i rozczapierzyła palce, jakby go chycić chciała. Ale Bartkowa rzuciła się do niej z krzykiem. – Co! biłabyś go, suko jedna, biłabyś, czarownico, kacie synowski, ty! – Uciszyć się! – zawołał sędzia. – Stulta pyski, kiej sąd mówi, bo waju wyciepnę na osobność! – poparł Jacek, podcią- gając parcianki, bo mu się był obertelek 19 oberwał. Uciszyło się zaraz, a baby, że to blisko było do chwycenia się za łby, stały już cicho, ino się oczami jadły a wzdychały ze złości… – Mówcie, Bartłomieju, mówcie wszystko a prawdę. – Prawdę?… Samą czystą kiej szkło prawdę rzeknę, rzetelnie powiem, kiej na spo- wiedzi, kiej gospodarz do gospodarzy, kiej swój do swojaków, bom gospodarz z dziada pradziada, a nie komornik, nie prefesjant 20 jaki abo i jenszy miescki zdzier. To tak było. – Patrz dobrze w głowę, byś czegój nie przepomniał – radziła. – Nie przepomnę, Magduś, nie. To było tak. Szedłem se… a baczę, że to rychtyk zwiesna była… i za Wilczym Dołem, wedle Borynowej koniczyny… idę se i mówię pacierz, bo na ten przykład przedzwonili już na Anioł Pański… nocka też szła… idę se… jaż tu słyszę: głos nie głos? Loboga, myślę se: chrząka albo i nie chrząka?…Ogląd- nąłem za się – niczegój nie widno, cicho całkiem. Złe mę kusi czy co?…Ide dalej i że mę zdziebko mrówki oblazły ze strachu, mówię se Pozdrowienie Anielskie. Chrząka znowu! Cie! myślę sobie, nic, jeno swynia to abo i zasie prosiak. Zlazłem zdziebko w bok, w koni- czynę i obejrzałem się… juści, że cosik lizie za mną, przystanąłem ja – przystanęło i to, a białne, niskie i długie…a ślepie świeciły kiej u źbika abo zgoła u złego…Przeżegnałem 19 obertelekb – pasek, sznurek, służący dobpodtrzymywania spodni. 20 prefesjantb – człowiek wykonujący określony zawód, tu: pogardliwie.

RkJQdWJsaXNoZXIy NzE1NzM2