Chłopi
53 jesień by się zdały… ze trzy ruble… ni, nie chwaci… a kowal by chcieli z pięć rubli za fuzję… tyla co od Rafała…ni… – myślał głośno. Jankiel zrobił szybkie obliczenie kredą i szepnął mu cicho do ucha: – Zastrzeliłby Kuba sarnę?… – Ale, z pięści nie zastrzeli, a z fuzji tobym juchę ustrzelił… – Kuba umie strzelić?… – Jankiel jest Żyd, to i nie wie, a we wsi wiedzą wszystkie, że chodziłem z dziedzicami do boru, że mi ten kulas przestrzelili… to umieć umiem… – Ja dam strzelbę, dam proch, dam, co potrzeba… a Kuba, co ustrzeli, przyniesie do mnie! Za sarnę dam całego rubla… słyszy?… Całego rubla! Za proch Kuba zapłaci piętnaście kopiejek od sztuki, odtrącę… A za to, co się fuzja będzie psuć, to Kuba przy- niesie ćwiartkę owsa… – Rubla za sarnę… a niby ja za proch piętnaście… całego rubla!…niby jak to?… Jankiel znowu wyliczał mu szczegółowo…. – Owsa?…Przeciech koniom od pyska nie odejmę… – to jedno zrozumiał. – Po co brać koniom! U Boryny jest i gdzie indziej… – To niby… – wytrzeszczał oczy i kalkulował. – Wszystkie tak robią! A Kuba myślał, skąd parobcy mają pieniądze?… Każdemu trzeba machorki, a kieliszka wódki, a potańcować w niedzielę!…To skąd wziąć?… – Jakże… złodziej to jestem, parchu jeden, czy co?… – zagrzmiał nagle bijąc pięścią w stół, aż kieliszki podskoczyły. – Co się Kuba rzuci! Niech Kuba płaci i idzie sobie do diabła!… Ale Kuba nie zapłacił i nie poszedł, nie miał już pieniędzy i winien był Żydowi… to się ino sparł ciężko o szynkwas i jął sennie obliczać, a Jankiel udobruchał się i nic już nie mówił… Tymczasem do karczmy napływało coraz więcej ludzi, bo już mrok gęstniał, zapalili światło, muzyka raźniej się ozwała i gwar się podnosił; naród kupił się przy szynkwasie, pod ścianami albo i zgoła w pośrodku izby i raił, pogadywał, użalał się, a kto niekto i prze- pijał do drugiego, ale z rzadka, bo nie na pijaństwo przyszli, jeno tak sobie po sąsiedzku postać, pogwarzyć, skrzypic posłuchać abo i basów, coś niecoś posłyszeć nowego; niedziela przeciech to odpocząć ni folgę dać ciekawości nie grzech, a choćby i ten kieliszek wypić z kumami… byle przystojnie i bez obrazy boskiej się obyć obyło, to i sam dobrodziej nie bronił… Jakże, i bydlę na ten przykład po pracy odpocząć rade i musi. A zaś przy stole zasiedli gospodarze starsi i kobiety niektóre, przyodziane w czerwone wełniaki i chusty, że widziały się jako te malwy rozkwitłe, a że razem wszyscy mówili, to ino szum szedł po karczmie, kiejby boru, i tupot nóg, jakoby bicie cepami w klepisko, i głos tych skrzypic, co cięgiem śpiewały figlujący. – „A chto będzie za mną gonił?… za mną gonił…” – „Oto ja… oto ja… oto ja…” – odbąkiwały stękając basy, a bębenek trząsł się ino, a chichotał, a baraszkował i wrzawę czynił brzękadłami. Niewiela ludzi tańcowało, ale tak ostro przytupywali, aże dyle podłogi skrzypiały i stół dygotał, że raz wraz flaszki pobrzękiwały i wywracały się kieliszki…
Made with FlippingBook
RkJQdWJsaXNoZXIy NzE1NzM2