Chłopi

55 jesień I tak dalej dogryzała po kolei tanecznikom; niepomiarkowana była i zła na wszystkich, że to dzieci ją skrzywdziły, a ona na starość na wyrobek chodzić musiała, ale że nikto nie odpowiadał, wykrzyczała się i poszła do alkierza, gdzie siedział kowal z Antkiem i kilku młodszych gospodarzy. Lampa wisiała u czarnego pułapu i mdłym żółtawym światłem rozjaśniała jasne, powichrzone głowy – siedzieli dokoła stołu, wsparli się mocno na rękach i wszyscy oczy utkwili w kowala, któren pochylony nad stołem, czerwony, rozkładał szeroko ręce, czasem bił pięścią i gadał z cicha: – Prawdę mówię, bo tak stoi w gazecie wypisane, wyraźnie jak wół… Nie tak ludzie żyją we świecie jak u nas, nie! Co jest? Dziedzic ci panuje, ksiądz ci panuje, urzędnik ci panuje – a ty ino rób a z głodu zdychaj i każdemu się nisko kłaniaj, żebyś po łbie nie obe- rwał… – A grontu mało, że niedługo to i po zagonie na człowieka nie starczy! – A dziedzic ma sam więcej niż dwie wsie razem… – Powiadali wczoraj na sądach, że nadawać będą nowe grunta. – Jakie? – Czyjeż by – a dworskie! – Ale! Daliśta dziedzicom, to odbierać będzieta! Ale, cudzym już się rządzą – krzyk- nęła Jagustynka, nachylając się do nich ze śmiechem. – …I sami się rządzą – ciągnął dalej kowal, nie zważając na babie powiedzenie nic – a wszyscy we szkołach się uczą, we dworach mieszkają i panami są… – Gdzie to tak? – zapytała Antka, któren zaraz z kraju siedział. – W ciepłych krajach! – odrzucił. – To kiej tak dobrze, czemuż to kowal tam nie pojechał, co?…Smoluch jucha, łże jak ten pies i tumani, a wy głupie wierzyta! – zawołała namiętnie. – Mówię po dobremu: idźcie sobie, Jagustynko, skądżeście przyszli… – A nie pójdę! Karczma la wszystkich, a ja taka dobra za swoje trzy grosze jak i ty! Ale, nauczyciel jaki, Żydom się wysługuje, z urzędnikami trzyma, o staję czapkę przed dzie- dzicem zdejmuje, a te mu wierzą!…Pyskacz jeden!…Wiem ja… – ale już nie skończyła, bo ją kowal krzepko ujął pod żebra, nogą otworzył drzwi i wyrzucił do wielkiej izby, że padła jak długa w pośrodku. Nie pomstowała nawet, tylko powstawszy rzekła wesoło: – Krzepki jucha kiej koń, zdałby mi się taki na chłopa… Naród gruchnął śmiechem, a ona wyszła zaraz pomstując z cicha. Ale już i karczma pustoszała, muzyka zmilkła, ludzie się rozchodzili do domów, to stawali kupkami przed karczmą, bo to i wieczór był ciepły i jasny, księżyc świecił, tylko rekruci jeszcze ostali i pili na umór i wykrzykiwali, a Jambroży, spity jako bydlę, wylazł na środek drogi i wyśpiewywał, taczając się ze strony na stronę. A i ci z alkierza, z kowalem na czele, wyszli. Potem, kiedy już Jankiel począł gasić światła, rekruci się wytoczyli, ujęli się mocno pod ręce i szli całą drogą śpiewający z gardła wszystkiego, aże psy ujadały i jaki taki z cha- łupy wyjrzał…

RkJQdWJsaXNoZXIy NzE1NzM2