Chłopi

56 jesień Kuba tylko spał wciąż w popiele tak krzepko, aż go Jankiel budzić musiał, ale parobek wstać nie chciał, kopał, to grzmocił w powietrze i mruczał: – Pódzi, Żydzie. Jak chcę, tak spał będę…gospodarz jestem, to wolę swoją mam, a tyś żółtek i parch!… Wiadro wody pomogło, że wstał i wytrzeźwiał nieco, jeno ze strachem a zdumieniem słuchał, jako całego rubla przepił – którego winien jest… – Jakże?… dwa półkwaterki z harakiem… całego śledzia…machorki… i jeszcze dwa półkwaterki… to już cały rubel?… Jakże?…dwa… – majaczyło mu się. Jankiel przekonał go w końcu i porozumieli się co do strzelby, którą Żyd miał mu przywieźć z jarmarku, a na zgodę postawił esencji ze spirytusem… Tylko owsa stanowczo Kuba przynosić nie obiecywał. – Ociec Kubów złodziej nie był, to i syn jego złodziej nie jest. – Idźcie już sobie, czas spać… a ja mam jeszcze pacierze odmawiać… – Cie!…spekulant jaki! Do złodziejstwa namawia, a pacierze mówił będzie… – mru- czał idąc ku domowi i jął sobie przypominać i kalkulować, bo nijak nie chciało mu się w głowie pomieścić, że całego rubla przepił… ale że jeszcze nie wytrzeźwiał i powietrze go rozebrało, to potaczał się ździebko a i raz wraz właził na płoty, to na budulec leżący gdzieniegdzie przed chałupami i klął… – Żeby was, juchy, pokręciło!… Łajdusy jedne… żeby tak drogę pozastawiać!… nic, jeno się pochlały…zbereźniki…a dobrodziej na darmo wypomina…a dobrodziej… – tu się zastanowił długo i miarkował, aż i wreszcie chyciło się go rozeznanie i żałość taka, aż przystanął, oglądał się dookoła, pochylał szukając czego by twardego do ręki… ale zapo- mniał wnet i chwycił się za kudły, i jął się prać po pysku kułakiem i wykrzykiwać: – Pijanica jesteś i świnia zapowietrzona! Do dobrodzieja cię zawlekę, niech cię wypomni przed całym narodem, żeś pies i pijanica… żeś dwa po dwa półkwaterki… żeś całego rubla przepił… żeś jako to bydlę abo i gorszy!… żeś… I żałość z nagła go objęła nad sobą, że przysiadł na drodze i buchnął płaczem. Jasny, ogromny księżyc płynął w przestrzeniach ciemnych, a gdzieniegdzie, z rzadka kieby srebrne gwoździe, gwiazdy błyskały; mgły szarą, nikłą przędzą motały się nad wsią i przesłoną powlekały nad wodami. Niezgłębiona cichość nocy jesiennej przejmowała świat, tylko gdzieniegdzie wyrywały się śpiewy wracających z karczmy albo ujadania psów. A na drodze przed karczmą Jambroży taczał się ze strony na stronę i śpiewał wciąż, nieustannie, aż do wytrzeźwienia: Da Maryś moja, Maryś! Da komu piwo warzysz? Da komu piwo warzysz?… Da Maryś moja, Maryś!…

RkJQdWJsaXNoZXIy NzE1NzM2