Nad Niemnem

35 TOM I, Rozdział III  grubości, brzoskwinie i nawet ananasy, ale po dwu latach jawnie i absolutnie okazała się niemożność utrzymania nadal tego świetnego porządku rzeczy bez niebezpiecznego za - niedbania najważniejszych majątkowych potrzeb i interesów. Kilka jeszcze podobnych zerknięć ku obłokom, a Benedykt Korczyński byłby do szczętu zrujnowanym. Ale w natu - rze jego, zapalczywej skądinąd, istniała zdolność do powściągliwości. Powściągnął się od wszelkiego wierzgania i rozdymania nozdrzy, a lekkie i pełne gracji kształty rumaka po - woli, stopniowo przelewały się w grubą i ponurą, ale w równym i cierpliwym stąpaniu swym niezmordowaną postać wołu. Czy ta metamorfoza przyszła mu z łatwością? Nigdy z tym nie zwierzał się przed nikim, a raczej przed jedną tylko osobą zwierzać się kiedyś chciał i próbował… Dwanaście lat minęło było od owego osierocenia po braciach, majątkowego zuboże - nia i śmiertelnego rozbicia się młodzieńczych jego ideałów, kiedy pewnego letniego wie - czora Benedykt po obszernym ogrodzie korczyńskim szukał swej żony. Resztki dziennego światła padały mu na twarz opaloną od słońca i błyszczącą od potu; szedł prędko i szero - kimi krokami; gruby i do czerwoności ogorzały kark nisko pochylał. Coś go dręczyło, bo koniec długiego wąsa do ust wkładał i w zamyśleniu zębami go przygryzał. Po długim szu - kaniu i kilkakrotnym wołaniu usłyszał na koniec ozywający się w głębi cienistej altany ła - godny i srebrny głos żony. Altana z przezroczystej kraty wdzięcznie zbudowana i pachną - cym kapryfolium gęsto opleciona była jedną z nielicznych pozostałości owych ogrodowych upiększeń, które przed ożenieniem się swym przedsięwziął był Benedykt. Teraz dość było jednego rzutu oka, aby poznać, że myśli o jakichkolwiek ulepszeniach estetycznych na ty - siąc mil oddalonymi od niego były. Wszedłszy do altany Benedykt po kilkakroć ucałował rękę i czoło żony i obok niej usiadł. Ładna, trzydziestoletnia brunetka w białym negliżu 37 , w postawie objawiającej znudzenie i znużenie, siedziała na wygodnej ogrodowej ławce i poduszkę mając za plecami, ślicznie obute stopy na niskim stołeczku wyciągała. Na kola - nach jej leżała otwarta książka. Wejście męża nie ożywiło jej zasępionych rysów; uchyliła się nieco, aby twarz swą odsunąć od głośnego i gorącego jego oddechu.  – Takem się zmęczył, moja Emilciu – zaczął – że już trochę odpocząć muszę. Niech tam sobie ekonom i robotnicy poczekają, a ja kwadransik przy tobie posie - dzę… Uf! te żniwa! nim je człowiek przebędzie, sto upałów go spali i sto strachów po nim przejdzie…  – Ja także – z cicha odparła kobieta – czuję się bardzo zmęczona upałem.  – Ale co tam ten upał! – ręką po spoconym czole przesuwając ciągnął Benedykt – fi - zyczną przykrość każdy znieść może, jeśli jest przy tym spokój…  – A cóż cię znowu tak bardzo niepokoić może? – z ledwie dosłyszalną ironią zapytała żona.  – Hm! zawsze mię o to pytasz, zawsze ci wszystko opowiadam i zawsze pytasz znowu…  – Tak niezdolną jestem do zrozumienia i zapamiętania wszystkich twoich kłopotów i interesów… Z większym niż przedtem znużeniem przechyliła się na poręcz ławki i wygodniej drobne swe stopy na podnóżku ułożyła.  – Jednakże – z trochą irytacji w głosie zaczął znowu Benedykt – rzeczy te są bardzo zro - zumiałe i do zapamiętania łatwe… Do końca życia chyba nie zapomnę, w jakim byłem stra - chu, kiedy przeszłej jesieni z powodu złych zbiorów nie mogłem na czas zapłacić bankowej 37  negliż – swobodny strój dom Benedykt i Emilia – niemożność porozumienia

RkJQdWJsaXNoZXIy NzE1NzM2