Król Maciuś Pierwszy
267 Z trudem oderwali go żołnierze od króla. Cóż z tego: żal był spóźniony. – Dobrej nocy wam życzę, panowie sędziowie – powiedział Ma - ciuś i po królewsku poważnie i spokojnie wyszedł z sali. Dwudziestu żołnierzy z gołymi szablami prowadziło go przez ko - rytarz i podwórze do celi. Położył się zaraz na swym sienniku na ziemi i udawał, że śpi. Przyszedł ksiądz, ale żal mu było budzić śpiącego. Pomodlił się, zmówił zwykły pacierz za skazanych na śmierć i wyszedł. Maciuś udawał, że śpi, a o czym myślał i co czuł tej nocy, jego było tajemnicą. Prowadzą Maciusia. Idzie środkiem ulicy w swych złotych kajdanach. Ulice obsta - wione wojskiem. A za kordonem wojska – mieszkańcy stolicy. Dzień był piękny. Słońce świeciło. Wszyscy wyszli na ulicę, aby po raz ostatni spojrzeć na swego króla. Wielu miało łzy w oczach. Ale Maciuś tych łez nie widział. Byłoby mu lżej iść na miejsce kaźni. Ci, którzy kochali Maciusia, milczeli, bo się bali wyrazić mu głośno wobec wroga swoją miłość i szacunek. Zresztą, co mieli wo - łać? Przyzwyczaili się krzyczeć: „Wiwat – niech żyje!”. Ale jakże te - raz mieli wołać, kiedy król idzie na śmierć skazany? Za to krzyczeli – i to głośno – różni pijacy i włóczęgi, którym młody król umyślnie kazał wydać wódkę i wino z królewskiej piw - nicy Maciusia: – Ooo, król idzie, królik! O, jaki malutki! Płaczesz, króliku Ma - ciusiu? Chodź, nosek ci utrzemy. Maciuś wysoko podniósł głowę, żeby wszyscy widzieli, że oczy ma suche, tylko brwi zmarszczył. A patrzy na niebo, na słońce.
Made with FlippingBook
RkJQdWJsaXNoZXIy NzE1NzM2