Chłopi

20 jesień – A sam, Józia, ino go kołeczkiem nakręcę, to już se spaceruje kiej dziedzic po obie- dzie – o… – odwrócił go i ptak poważnie a śmiesznie zarazem podnosił długą szyję, pod- nosił nogi i szedł. Zaczęli się śmiać serdecznie i bawić jego ruchami, tylko Józia czasami podnosiła oczy na chłopaka – podziw w nich był a zdumienie. – Józia! – rozległ się głos Boryny sprzed chałupy. – A czegój?… – odkrzyknęła. – Chodzi ino. – Kiej dojem krowy. – Pilnuj tu, bo idę do wójta – powiedział, wsadzając głowę do ciemnej obory – nie ma tutaj tego znajdka, co? – Witka?… ni, pojechał po ziemniaki z Antkiem, bo Kuba miał urznąć sieczki dla koni… – odpowiedziała prędko i trochę niespokojnie, bo Witek przycupnął za nią ze strachu. – Ścierwa ten chłopak, to ino pasy drzeć, żeby zmarnować taką krowę – mruczał powra- cając do izby, gdzie się odział w nową kapotę białą, wyszywaną na wszystkich szwach czar- nymi tasiemkami, nadział wysoki czarny kapelusz, okręcił się czerwonym pasem i poszedł drogą nad stawem ku młynowi. Roboty jeszcze tyla… zwózka drzewa… siew nie skończony*… kapusta w polu… ściółka nie wygrabiona… podorać by trza na kartofle… dobrze by i pod owsy… a tu jedź na sądy… Laboga, że to człek nigdy obrobić się nie obrobi, ino cięgiem jak ten wół w jarzmie… że i wyspać się nie ma czasu ni odpocząć… – rozmyślał. – A tu i ten sąd… tłumok ścierwa, hale, ja z nią sipiałem… żebyś ozór straciła… lakudro jakaś… suka… – splunął ze złością, nabił fajeczkę machorką i długo pocierał zwilgotniałe zapałki o portki, nim zapalił. Pykał od czasu do czasu i wlókł się wolno; bolały go wszystkie kości i żale za krową raz wraz go markociły i rozbierały. A tu ani odbić się na kim, ani wyżalić, nic…sam jak ten kołek; sam o wszystkim myśl, sam deliberuj łbem, sam kiele wszystkiego obiegaj kiej ten pies… a do nikogój słowa przemówić i rady znikąd ni pomocy – a ino strata i upadek… a wszystkie to kiej te wilki za owcą… a ino skubią, a patrzą, kiedy ozerwą w kawały… Ciemnawo już było we wsi, przez przywierane drzwi i okna, że to wieczór był ciepły, buchały smugi ognisk i zapach gotowanych ziemniaków i żuru ze skwarkami; gdzie- niegdzie jedli w sieniach albo i zgoła przed domami, że ino skrzybot łyżek słychać było a pogadywania. Boryna szedł coraz wolniej, bo ociężało go rozdrażnienie, a potem przypomnienie nie- boszczki, co ją na zwiesnę był pochował, ułapiło go za grdykę… – Ho! ho!…przy niej, co ją wspominam wieczorem w dobry sposób, nie przygodziłoby się tak granuli…gospodyni to była, gospodyni!…Juści, że i mamrot, i przeklętnica też, że i dobrego słowa nikomu dać nie dała i cięgiem się z babami za łby wodziła… ale zawżdy * Pozostawiono oryginalną pisownię imiesłowów (dop. red.)

RkJQdWJsaXNoZXIy NzE1NzM2