Chłopi

21 jesień żona i gospodyni! – Tu westchnął pobożnie na jej intencję, i żal go jeszcze większy dusił, bo przypominał, jak to bywało… Przyszedł z roboty, spracowany – to i jeść tłusto dała, i często gęsto kiełbasy podty- kała kryjomo przed dzieciskami… A jak się wszystko darzyło!… i cielaki, i gąski, i pro- siaki…że co jarmarek było z czem jeździć do miasta i grosz był zawsze gotowy, na zakład z samego przychówku…A już co kapusty z grochem, to już jensza zgoła tak nie potrafi… A teraz co?… Antek ino na swoją stronę ciągnie, kowal też wypatruje, aby co chycić, a Józka? Skrzat głupi, któremu plewy jeszcze we łbie, co i nie dziwota, bo dzieusze mało co na dziesiąty rok idzie…Hanka kiej ta ćma łazi, a choruje jeno, i tyle zrobi, co ten pies zapłacze… Toć i marnieje wszystko… granule trza było dorznąć… we żniwa wieprzak zdechł… wrony gąski tak przebrały, że z połowa ostała!…Tyle marnacji, tyle upadku!…Przez sito wszyćko leci, przez sito… – Ale nie dam! – wykrzyknął prawie głośno – póki rucham tymi kulasami, to ani jednej morgi nie odpiszę i do waju na wycug nie pójdę… Ino Grzela z wojska do dom powróci, to niechta se Antek na żoniną gospodarkę wróci…nie dam… – Niech będzie pochwalony! – zabrzmiał jakiś głos. – Na wieki!… – odrzucił machinalnie i skręcił z drogi w szerokie i długie opłotki, bo wójtowa osada leżała trochę w głębi. W oknach się świeciło i pieski ujadać poczęły. Wszedł prosto do świetlicy. – Wójt doma? – zapytał tłustej kobiety, klęczącej przy kołysce i karmiącej dziecko. – Zarno wrócą, pojechał po ziemniaki. Siadajcie, Macieju, a dyć i ci też czekają na niego – wskazała ruchem brody na dziada siedzącego przy kominie; był to ten stary śle- piec, wodzony przez psa; czerwonawe światło szczap ostro opływało jego ogromną, wygo- loną twarz, łysą czaszkę i szeroko otwarte oczy, zasnute bielmem, nieruchomo tkwiące pod siwymi, krzaczastymi brwiami… – Skąd to Pan Bóg prowadzi? – zapytał Boryna, siadając po drugiej stronie ognia. – Ze świata, a skądżeby, gospodarzu? – odpowiadał wolno rozlazłym, jęczącym, iście proszalnym głosem i nadstawiał pilnie uszów, a wyciągnął tabakierkę. – Zażyjcie, gospodarzu. Maciej zażył rzetelnie i kichnął raz po raz trzy razy, aż mu łzy w oczach stanęły. – Tęga jucha! – i rękawem tarł załzawione oczy. – Niech wam będzie na zdrowie. Peterburka, dobrze ano robi na oczy. – Wstąpcie jutro do mnie, krowem dorznął, to się tam jaka sztuczka la was znajść znajdzie. – Bóg zapłać…Boryna, widzi mi się, co?… – A juści, żeście to rozeznali?…no, no. – Po głosie ino, po gadaniu. – Cóż ta we świecie słychać? Wędrujecie cięgiem?

RkJQdWJsaXNoZXIy NzE1NzM2