Chłopi

22 jesień – Moiściewy, a cóż by! – A to źle, a to i dobrze, a to i różnie, jak we świecie. A wszyscy piszczą, a narzekają, jak przyjdzie dziadowi co dać abo i drugiemu, ale na gorzałę mają. – Prawdę rzekliście, bo ano tak i jest. – Ho, ho! tyle roków się człek telepie po tej świętej ziemi, to się i wie różnie. – A gdzieście to podzieli tego znajdę, co was prowadzał łoni? – zapytała wójtowa. – Poszedł se ścierwa, poszedł, wyłuskał on mi dobrze torbeczki…Miałem coś grosza od ludzi ochfiarnych, com go niósł na wotywy do Częstochowskiej Panienki, to mi jucha podebrał i poszedł we świat! Cichoj, Burek! bo to pewnikiem wójt! – pociągnął sznurkiem i pies warczeć przestał. Zgadł, bo wójt wszedł, bat rzucił w kąt i od progu wołał: – Żono, jeść, bom głodny kiej wilk – jak się macie, Macieju; a wy czego, dziadu?… – Ja do was, Pietrze, wedle tej mojej sprawy, co ma być jutro. – Ja zaś se poczekam, panie wójcie. Każecie w sieniach – dobrze i tam będzie, a osta- wicie przy ogniu, że to stary jestem, ostanę, a dacie tę miseczkę ziemniaków abo i chleba skibkę, to pacierz za was zmówię jeden abo i drugi… jakbyście dali gotowy grosz abo i dziesiątkę… – Siedźcie se, dostaniecie i kolację, a chcecie, to zanocujcie… I wójt siadł do miski, okrytej parą świeżo utłuczonych ziemniaków i polanych obficie skwarkami, w drugiej donicy stało zsiadłe mleko. – Siadajcie, Macieju, z nami, zjecie, co jest – zapraszała wójtowa, kładąc trzecią łyżkę. – Bóg zapłać. Przyjechałem z boru, tom se już dobrze podjadł… – Bierzcie się ano za łyżkę, nie zaszkodzi wam, teraz już wieczory długie… – Długi pacierz i duża miska, jeszcze bez to niktoj nie pomarł – rzucił dziad. Boryna wzdragał się, ale w końcu, że słonina mocno raziła mu nozdrza, przysiadł się do ławki i pojadał z wolna, delikatnie, jak obyczaj kazał. A wójtowa raz wraz wstawała i dokładała kartofli, to mleka przylewała. Dziadowski pies się kręcił i skamlał zdziebko do jadła. – Cichoj, Burek, gospodarze ano jedzą… i ty dostaniesz, nie bój się… – uspokajał go dziad i wciągał nozdrzami smakowitą woń, a przygrzewał ręce przy ogniu. – To Jewka was podobno zaskarżyła – zaczął wójt, podjadłszy nieco. – A ona ci! Żem to jej zasług nie wypłacił! Zapłaciłem, jak Bóg w niebie, i jeszczem ponadto z dobrego serca księdzu za chrzciny dał worek owsa… – Ona powieda, że ten dzieciak to… – W imię Ojca i Syna. Wściekła się czy co? – Ho, ho, stary z was, a jeszcze majster! – Wójtowie poczęli się śmiać. – Staremu prędzej się przytrafi, bo praktyk ci jest i znający! – szeptał dziad. – Cygani jak ten pies, anim ją tknął. Jeszcze by, taki tłumok… taka pode płotem zdy- chała a skamlała, coby ją za samą warzę a kąt do spania wziąć, bo na zimę szło. Nie chciałem, ale nieboszka peda: „Weźmiem, przyda się w domu, co mamy przynajmować? będzie swoja pod ręką…”. Nie chciałem ja, jako że zimą roboty nijakiej, a jedna gęba więcej do miski. Ale nieboszka pedo: „Nie turbuj się, umie pono wełniaki i płótno tkać,

RkJQdWJsaXNoZXIy NzE1NzM2