Chłopi

50 jesień tak do karczmy, że wydzierżeć nie mógł, przekładał się ino z boku na bok i postękiwał z tęskności, ale nie poszedł zaraz, bo akuratnie zza stodoły wyszedł Antek z Hanką i szli miedzą w pola. Antek szedł przodem, a Hanka z chłopakiem na ręku za nim, czasem coś rzekli i szli wolno, a coraz to Antek pochylał się nad rolą i dotykał ręką wschodzących ździebeł. – Idzie…gęste kiej szczotka…– mruknął i obejmował oczami te morgi, które obsiewał za odrobek ojcu. – Gęste, ale ojcowe lepsze, idzie kiej bór! – mówiła Hanka patrząc na sąsiednie zagony. – Bo rola lepiej doprawiona. – Mieć ze trzy krowy, to by i ziemia się pożywiła. – I konia swojego. – I przychować co na sprzedaż. A tak, co? Każdą plewę, każdą obierzynę ociec rachują i mają za wielgie rzeczy. – I wszystko wypomina!… Zamilkli nagle, bo uczucie krzywdy zalało im serca żalem, gniewem i głuchym, szar- piącym buntem. – Ino osiem morgów by wypadło – wykrzyknął bezwiednie. – Juści, że nie więcej. Przecież to i Józka i kowalowa, i Grzela, i my – wyliczała. – Kowalowe by spłacić i ostać przy chałupie i półwłóczku… – A masz to czym? – jęknęła aże w tym uczuciu bezsilności tak silnym, że łzy jej pociekły po twarzy, gdy ogarnęła oczami te pola ojcowe, tę ziemię jak złoto czyste, gdzie i pszenica, i żyto, i jęczmień, i buraki od skiby do skiby siać było można…Tyle dobra, a to wszystko cudze…nie ich… – Nie bucz, głupia, zawżdy z tego osiem morgów nasze… – Żeby chociaż z połowa z chałupą i z tym kapuśniskiem! – wskazała na lewo, w łąki, gdzie modrzały długie zagony kapusty; skręcili ku nim. Siedli na kraju łąk, pod krzami,Hanka pokarmiała dziecko, bo płakać poczęło, a Antek skręcił papierosa, zapalił i ponuro patrzył przed się… Nie mówił on żonie, co go żarło we wątpiach, ni co mu leżało na sercu niby węgiel rozżarzony, bo aniby mógł wypowiedzieć, niby zrozumiała go dobrze… Zwyczajnie, jak kobieta, co ni pomyślenia nie ma, ni niczego nie wymiarkuje sama, ino żyje se jako ten cień padający od człowieka… – A gospodarstwo, a dzieci, a kumy – to i cały świat la niej. Każda kobieta taka, każda…– rozmyślał gorzko i aż go ścisnęło za serce…–Ten ptak, co polatuje nad łęgami 26 , ma lepiej niźli człowiek drugi… Co mu tam za kłopoty! Polatuje se, pośpiewuje, a Pan Jezus obsiewa la niego pola, że ino mu zbierać a pożywiać się… – A bo to i gotowych pieniędzy ociec mieć nie ma? – zaczęła Hanka. – Przeciech!… – A Józce to kupił korale takie, że i krowę by kupił za nie, a Grzeli to cięgiem do wojska śle pieniądze. 26 ł ęgib – podmokłe łąki.

RkJQdWJsaXNoZXIy NzE1NzM2