Chłopi

51 jesień – Słać śle… – odpowiadał myśląc o czym innym. – A przeciech to ukrzywdzenie wszystkich! A szmaty po matce to dusi w skrzyni i nawet na oczy nie pokaże…A wełniaki takie, a chusty, a czepki, a paciorki… – jęła długo wyliczać dobro wszelkie i krzywdy, i żale, i nadzieje, a Antek milczał zawzięcie, aż znie- cierpliwiona szturchnęła go w ramię. – Śpisz to?… – Słucham, gadaj se, gadaj, to ci ulży! A jak skończysz, to mi powiedz… Hanka, że to płaksiwa była, a i zebrało się jej dużo w duszy, buchnęła płaczem i jęła mu wyrzucać, że mówi do niej jak do dziewki jakiej, że nie dba o nią ani o dzieci. Aż Antek zerwał się na równe nogi i zawołał urągliwie: – Wykrzykuj sobie, te gapy ano cię usłyszą i pożalą się nad tobą! – Wskazał oczami na wrony lecące mimo nad łąkami, nacisnął czapkę i wielkimi krokami poszedł ku wsi. – Antek, Antek! – wołała za nim żałośnie, ale ani się odwrócił. Obwinęła chłopaka i popłakując szła miedzami z powrotem do domu; ciężko jej było na sercu – ani pogadać, ani wyżalić się przed kim na dolę swoją. A to człowiek żyje cię- giem jak ten samson 27 , że nawet do sąsiadów pójść nie pójdzie i pogadaniem serca nie ucieszy. Dałby jej Antek kumy! Nic, ino siedź w chałupie a haruj, a zabiegaj, a jeszcze słowa dobrego nie usłyszysz! Inne do karczmów chodzą a na wesela… a ten Antek… bo to mu dogodzić można?… Czasem taki, że i do rany przyłóż… to znowu całe tygo- dnie ledwie bąknie jakie słowo i ani spojrzy… nic, jeno medytuje a medytuje… Prawda, że ma i o czym! Bo i ten ociec nie mógłby to już gront im odpisać, nie czas to staremu iść na wycug? A dyć dogadzałaby mu, że i rodzonemu nie byłoby u niej lepiej… Chciała przysiąść do Kuby, ale przypiął się plecami do brogu i udawał, że śpi, choć mu słońce świeciło prosto w oczy, dopiero gdy zniknęła za węgłem stodoły, podniósł się, otrzepał ze słomy i wolno jął się przebierać pod sadami ku karczmie… paliła go ano ta złotówka… A karczma stała na końcu wsi, za plebanią, na początku topolowej drogi. Ludzi było mało co; muzyka czasem pobrzękiwała, ale nikto nie tańcował jeszcze, za rano było, i młodzi woleli gzić się w sadzie albo wystawać na podjeździe i pod ścianami, gdzie na świeżych, żółtych jeszcze belkach siedziało sporo dziewczyn i kobiet, a w wielgiej izbie z czarnym, okopconym pułapem pusto prawie było, małe, przepalone szybki prze- siewały czerwone przedzachodnie światło tak słabo, że ino smuga leżała na powybijanej podłodze, a w kątach mrok zalegał. Jakieś ludzie siedzieli za stołami pod ścianą, ale roze- znać nie rozeznał, kto taki. Jeden Jambroży z brackim od światła 28 stojał pod oknem z buteleczką w garści – prze- pijali gęsto do siebie i pogadywali… Basy buczały jako ten bąk, kiej się wedrze do izby ze dworu i lecący huczy…a czasem skrzypka z nagła zapiskała cienko jakoby ptaszek wabiący abo i bębenek zahurkotał i pobrzękiwał… ale wnet cichość zalegała. 27 samsonb – samotnik, sobek. 28 bracki odbświatłab – członek bractwa religijnego, mający zabzadanie świecić świece wbkościele.

RkJQdWJsaXNoZXIy NzE1NzM2