Nowe przygody Marka Piegusa (również niewiarygodne)

– Coś ty… stówę od łebka, razem dwie stówy. To żałosny handelek, ale mam nóż na gardle! – Oszalałeś? Uszczyp się w lędźwie! Skąd wezmę tyle? Nie! Widzę, że chyba nic z tego. – Marek udał zniechęcenie. Sylek chrząknął. – A ile dasz? – Pięćdziesiąt za oba, z tym, że zapłacę w dwu ratach. Teraz połowę, a drugą pierwszego października, jak dostanę od starych kieszonkowe. Baruch rozważał przez chwilę w milczeniu, a potem westchnął ciężko i machnął zrezygnowany ręką. – Zgoda, to żałosny handelek, ale mam nóż na gardle. Odstąpię ci te ma- leństwa za pięćdziesiąt, ale pod dwoma warunkami… – Jakimi? – Po pierwsze będę mógł codziennie odwiedzać te ślicznotki, a po drugie będę miał prawo odkupić je w tej samej cenie od ciebie, gdy tylko Balerina odleci od nas do Metropolitan Opery albo do Hollywood. – Wierzysz w to? – Marek pokręcił głową. Baruch zacisnął zęby i zapatrzył się w dal… Więcej targów nie było. Warunki umowy zostały jasno ustalone i przyjęte. Umówili się, że spotkają się jeszcze dziś o godzinie czwartej w cukierence Sa- lamandra, Marek przyniesie pieniążki, a Sylek – węże. Jak już wiemy, transakcja ta była dla Marka niesłychanie korzystna, toteż gdy tylko trzaśnięcie drzwi windy upewniło go, że mama zjeżdża w dół, zaraz rzucił się do regału z książkami i z poradnika Jak przyrządzać zupki dla nie- mowląt (którego od lat nikt nie wyciągał z półki, bo wszyscy w domu już wyrośli z zupek niemowlęcych) wyjął dwadzieścia złotych, a potem już w swoim po- koju wydostał zza obrazka z postacią anioła stróża trzy banknoty po dziesięć złotych (chowane tam przed wścibskimi siostrami) i wymknął się z mieszkania z nieco nieczystym sumieniem, bo przecież przyrzekł mamie, że do jej powrotu nie ruszy się z chaty. Owszem, miał pewne skrupuły… niestety z przykrością muszę przyznać, że nader szybko uporał się z nimi. To głupie – pomyślał – zadręczać się jakimiś wyrzutami, obwiniać się i niepokoić. To bez sensu! Nic się przecież nie stanie, jak wyskoczy z mieszkania na tę małą godzinkę. Wszak ci od alarmu przyjdą dopiero o piątej, a transakcja z prezesem Baruszyńskim nie zajmie więcej jak kwadrans, więc zdąży bez problemu wrócić do domu na czas. Tak, problem właściwie jest tylko jeden: żeby się Baruszyński nie roz- myślił albo… albo nie znalazł lepszego kupca. Pędzony niepokojem, nie czekając na windę zbiegł na dół sadząc po dwa stopnie naraz. Gdyby wiedział, w jaką historię się pakuje! Ale biedak zapo- mniał zbyt łatwo chyba i przedwcześnie o swoim pechu, zresztą trudno się 10

RkJQdWJsaXNoZXIy NzE1NzM2