Nowe przygody Marka Piegusa (również niewiarygodne)

temu dziwić, bo tu w Szczęśliwicach koledzy go całkiem rozpuścili; jak tylko dowiedzieli się, że jest prawdziwymMarkiem Piegusem, tym samym, o którym czytali w książce, z miejsca stali się dla niego bardzo uczynni i mili. I wszyscy chcieli się z nim zaprzyjaźnić. Mistrz Adrian Swędziak od razu zaproponował Markowi wspólny trening na paralotni, Bąbel i Syfon z miejsca chcieli go przyjąć do swojej agencji PIPIUS, a Pinkwas do swojego rockowego zespołu, nie pytając nawet, czy ma jakieś umiejętności wokalne. Tak więc rozpiesz- czony Marek nie pamiętał, że musi być dwakroć czujniejszy i ostrożniejszy niż inni, bo los lubi mu płatać przygody „z niczego”. Jego myśli zaprzątały tylko anakondy. Myślał, że dziś wieczorem trzeba będzie je nakarmić i wykąpać. Musi zapytać Barucha, co im dać do jedzenia i gdzie urządzić im siedlisko. W łóżku? Pod łóżkiem? Czy lepiej zawiesić je na ścianie? Oczywiście przej- ściowo, do czasu, aż kupi im porządne terrarium. Na dworze chciał pobiec do autobusu na przełaj przez trawnik, ale niespo- dziewanie przytrzymała go czyjaś mocna ręka. Pomyślał, że to rozgniewany dozorca, zdrętwiał i obrócił się, ale to nie był dozorca, to był śmieszny zady- szany grubasek z parasolem. Miał wyłupiaste jak u ryby oczy, czarną, kręconą jak u barana karakułowego czuprynę i wielką czarną brodę; w ręku trzymał czerwoną reklamówkę z napisemMIĘDZYNARODOWE TARGI KSIĄŻKI. – Przepraszam, młody człowieku – odezwał się, łapiąc z trudem powie- trze – nie pogniewasz się, że oprę się na twoim ramieniu i nieco od- sapnę, bo naprawdę gonię resztkami; mam tętniak, niewydolność serca i bąblowiec wątroby. Jestem ruiną człowieka, a kiedyś był taki dżygit 6 ze mnie. Pozwól, że się przedstawię. Nazywam się Mustafon Idiosynkrazy i jestem pochodzenia turko-tatarsko-ujgurskiego, lecz, jak sądzę, zechcesz poświęcić mi chwilkę uwagi i nie masz uprzedzeń rasowych. – Nie mam uprzedzeń – odparł zaskoczony Marek – ale bardzo się śpieszę. – To moment – rzekł czarnobrody, rzucając wokół niespokojne spojrzenia. – Czy nie widziałeś tu gdzieś strażaków? – Strażaków? Nie – Marek potrząsnął głową – a bo co? Pali się? – Tylko grunt pod moimi nogami. Znalazłem się w opałach, synku. – Jest pan ofiarą, jak mój tata? – Ofiarą? Czego? W jakim sensie? – Ofiarą rozbuchanej konsumpcji; tak powiedział nasz sublokator, pan Surma, kiedy tata za jednym zamachem kupił na raty opla vectrę, telewizor, 6 Dżygit – kaukaski jeździec konny; przen. ktoś niezwykle sprawny i odważny. 11

RkJQdWJsaXNoZXIy NzE1NzM2