Nowe przygody Marka Piegusa (również niewiarygodne)
– Co to za pudełko? – To cenne puzderko, mój chłopcze. – Przyjemnie pachnie – zauważył Marek. – Bo jest zrobione z drzewa sandałowego. – Czy mogę zobaczyć, co się w nim mieści? A może to tajemnica? – Nie. Proszę bardzo, jak chcesz, możesz zerknąć, bylebyś wszystko włożył z powrotem… żeby nic nie zginęło. Marek otworzył puzderko i zobaczył w nim skarpetki w pomarańczowe prążki, dezodorant, czerwone szelki, kasetę magnetofonową, dość dziwny klu- czyk, kawałek żółtego sera, piętkę suchego chleba, krawatkę na gumce i jeszcze jakieś paprochy i papierki po cukierkach, po prostu śmieci! Zawartość puzdra wydawała się dość osobliwa, ale przecież niegroźna, i Marek odetchnął nieco. – Co mam z tym zrobić? – Nic takiego… po prostu weź i schowaj u siebie. Rzeczy w tym puzderku nie wyglądają na ważne i drogie, ale zdarzyłoby się wielkie nieszczęście, gdyby wpadły w niepowołane ręce. Jeszcze dziś wieczorem ktoś zgłosi się po te fanty. Oddasz mu je. Ot i wszystko. – Jak poznam tego człowieka? – Poznasz go po tym, że poda umówione hasło. Zapamiętaj je! Po powi- taniu powie on mianowicie: „Uczę jazdy na wielbłądach”, wtedy ty odpowiesz: „Dziękuję, dostaję od tego choroby morskiej”. Na co on odpowie: „Przepra- szam, sapienti sat!”. Kiedy hasło zostanie wymówione, wręczysz puzderko temu człowiekowi. – No, nie wiem – bąknął Marek. – Nie bardzo mi się to wszystko podoba… nie znam przecież pana. Wolałbym… – Nie bój się i nie odmawiaj – przerwał Mustafon. – Zrób, o co cię proszę, a przysłużysz się sprawiedliwości. Imię twoje znajdzie się na ustach wszystkich, będą cię pokazywać w telewizji i pisać o tobie w gazetach. Marek chrząknął zaaferowany. Ciekawiło go to tajemnicze puzderko z pachnącego drzewa sandałowego i cała ta dziwna przygoda, lecz z drugiej strony nie był pewien, czy może wierzyć temu nieznajomemu o śmiesznym wyglądzie i czy nie pakuje się znów w jakąś niebezpieczną kabałę. Chciał za- żądać dodatkowych wyjaśnień, ale grubas dziwnie szybko nabrał sił i sadził już wielkimi krokami w stronę ulicy Dickensa, jakby w parasolu miał silnik odrzutowy. Marek spojrzał w rozterce na zegarek. Już sześć minut po czwartej! W cu- kierni Salamandra Baruch niecierpliwi się już pewnie. Ścigać grubego nie było ani czasu, ani sensu. Wracać do domu i zostawić tam reklamówkę też nie! Marek rzucił się biegiem w przeciwną stronę. 14
Made with FlippingBook
RkJQdWJsaXNoZXIy NzE1NzM2