Nowe przygody Marka Piegusa (również niewiarygodne)

– Co ci jest? Dziwnie zbladłeś, zuchu – zagadnął go rozbawiony Fastryga. – To te dzisiejsze przeżycia… za dużo wrażeń, a system nerwowy słaby. Mały zastrzyk dobrze ci zrobi. – Co?! Zastrzyk?! – Marek zerwał się przerażony. – Siadaj! – Fastryga pchnął go na fotel. – Bądź mężczyzną! Ten zabieg po- może ci także na pamięć, która wyraźnie szwankuje! No, nie bój się, taki duży chłopiec… Nic nie będzie bolało. Pan Teofil ma wprawę i delikatną rączkę. – Teofil?! – Marek zdrętwiał do reszty. – Nie!!! Żadnych zastrzyków! Nie chcę, nie godzę się! Pan żartuje… Ale to nie były żarty. Marek zobaczył, że Bosmann zaczął napełniać strzy- kawkę cieczą z żółtej fiolki. Sprawa była jasna, Marek nie miał już wątpli- wości. Wpadł w ręce niebezpiecznych gangsterów. Cała historia ze strażakami i Mustafonem Idiosynkrazym – wszystko, co naplótł mu Fastryga, było bajką, wielką zgrywą, a naprawdę cały czas chodziło tylko o jedno… chodziło tylko o to cholerne puzdro. Co robić teraz? Uciekać… uciekać stąd za wszelką cenę, póki jeszcze jest czas. Ale jak? Przecież nie puszczą go, nie pozwolą się wymknąć… Chyba tylko cud mógłby go ocalić. „Boże – pomyślał rozpaczliwie – żebym choć raz zamiast pecha miał szczęście!” Ale czy to mądre czekać bezczynnie na szczęście? Kuzyn Alek, znany sportowiec, mówi: „szczęście lubi, żeby mu pomóc”. Akurat przejeżdżali koło bazaru na Banacha. Wóz zwolnił, bo na Grójeckiej jezdnia była zwężona. Prowadzono roboty drogowe. Bosmann ruszył do Marka z napełnioną strzykawką… „Teraz albo nigdy – pomyślał Marek – muszę zaryzykować!” – Kadryll! – wykrztusił głośno przerażonym głosem, patrząc w okno. – Co ty bredzisz? – Fastryga zmarszczył brwi, a Czarnopalcy zastygł w miejscu. – Bo… Bogumił Kadryll! O… i Wieńczysław Nieszczególny! – bełkotał Marek. – Gdzie? – zdenerwował się Bosmann. – Tam! Śledzą nas! – Marek wskazał palcem na słup uliczny, a gdy obaj zło- czyńcy odwrócili głowy, pchnął z całej siły Bosmanna na Fastrygę i wyskoczył z wozu przy akompaniamencie straszliwego zwierzęcego ryku. To wył z bólu Fastryga, bo Czarnopalcy, waląc się na niego, wbił mu w ucho igłę strzykawki. Lawirując między uwięzłymi w korku samochodami, Marek co tchu w pier- siach pognał na pobliski przystanek. Z ambulansu wyskoczyli ludzie „Ruato- nimu”, ale nie zdołali złapać małego zbiega, bo właśnie zniknął w drzwiach odjeżdżającego czerwonego autobusu i zagrał im szyderczo na nosie. – Przeklęty szczyl! – jęknął Fastryga, trzymając się za przekłute ucho. – Czekaj, dopadnę cię jeszcze, smarkaczu! 28

RkJQdWJsaXNoZXIy NzE1NzM2